środa, 11 marca 2026

 Wczoraj miałam trochę gorszy dzień - jak w życiu... Ale dzisiaj, znowu poprzez słowa innego człowieka, moje życie nabrało blasku. Ktoś znowu pocieszył moje czasem wątpiące serce, żeby nie wątpić, a wierzyć... Żeby słuchać głosu duszy, który na okrągło posyła wiadomość, że życie Marysi niosło przesłanie, że Ona była posłanką. Kiedy mój zwodniczy umysł każe kierować się w stronę przeszłości, ciało doświadcza tego co dzisiaj, serce wątpi, to rozwiązanie zna jedynie dusza - zna przyszłość. I właśnie tego uczyła mnie Marysia. Umysł jest zdolny do zapamiętywania i analizy, ciało do doświadczania i czucia, dusza zaś do obserwacji ale i pełnej świadomości, ona wie....Ponieważ dusza, to ta część Boga, która jest przy nas cały czas. Dlatego nie staram się zapomnieć przeszłości, ale staram się zrozumieć, czego mnie nauczyła, czym mnie obdarzyła i co pokazała. I dlatego ta książka w ogóle powstała. Na początku tego nie wiedziałam. Ale dzisiaj uczę się tego także od was, od moich blogowych przyjaciół, od czytelników Życiowej zwrotnicy, których słowa skłaniają mnie do refleksji, do chwili zadumy i jakby potwierdzają tajemniczy głos mojej duszy.... To wszystko ma sens. Życie Jezusa też niosło naukę. Był doskonały. Tak jak Marysia, która nigdy niczego nie pragnęła, nigdy nic nie powiedziała, uczyła kochać i dawała miłość. Była doskonała. Teraz jej nauki spisane na kartach życiowej zwrotnicy dają nadzieję innym, a mnie ogromne pocieszenie i spokój ducha. 

A to przesłanie dociera do wielu rodzin i to jest coś, co potrafi dawać niesamowitą radość;)
Pragnę podzielić się z wami kolejną niezwykłą wypowiedzią poświadczającą tajemnicze działanie Marysi...

Witaj Aniu :) (mam nadzieję że mogę mówić ci po imieniu)
Ja w przeciwieństwie do większości osób przeczytałam Twoją książkę zupełnie inaczej. Kiedy listonosz wręczył mi ją owego dnia, rozpakowałam ją, obejrzałam zdjęcia Marysi, a następnie odstawiłam książkę na szafkę. Kilka dni przyglądałam się jej intensywnie, ponieważ czułam, że gdy wezmę ją znowu w ręce i zacznę czytać, zmieni ona całkowicie moje obecne nastawienie do życia i do tych skrajnych uczuć i emocji które ostatnio przeżywam.
I tak się faktycznie stało...
Czytając płakałam i śmiałam się na zmianę, czułam jak opuszczają mnie dręczące myśli. Zaczęłam inaczej patrzeć na to wszystko co mnie w moim życiu spotkało.
Czytając Twoje życie miałam wrażenie jakbym przeżywała na nowo moje ostatnie sześć lat życia...
Byłam zdumiona jak niesamowicie prosta jest droga do tego by czerpać radość z życia mimo zdarzeń i sytuacji, które niejednokrotnie podcinają nam nogi i powalają na kolana.
Napisałaś że "Bóg nie daje większego krzyża niż ten jaki jesteśmy w stanie udźwignąć". Dziś już to rozumiem...
Ja natomiast powtarzałam sobie zawsze że " Nie trzeba czekać, aż zdejmą krzyż z naszych ramion. Wystarczy się z nim pogodzić, a już jest lżej..."
Książka jest piękna, wzruszająca, oczyszczająca. Uczy niezwykłej, wręcz idealnej miłości.
Dziękuję Ci za wzruszającą opowieść, dającą nadzieję i ukojenie. Z niecierpliwością czekam na kolejną książkę :)
Pozdrawiam i jeszcze raz dziękuję.
Irena Flet.


Marysiu...., kochana..!




Dzięki niej w drodze kolejna książka zupełnie inna powieść, o niezwykłej bohaterce, matce, żonie, która niesie przesłanie dla każdego z nas... Już w krótce : "Przebudzenie. Złodziej życia" , którą napisałam ...

Jestem ponownie po latach...Nowa książka....

 Witajcie kochani!

NIe było mnie , o matko , nie wiem  ile czasu, wstyd się przyznać. Nie dlatego, że zaniedbałam swój blog, ale ach... życie potrafi wprowadzać człowieka na wiele zakrętów. Niebawem już w kwietniu minie 13 lat, odkąd odeszła Marysia. Nie ma dnia abym o niej nie pomyślała. Wspominam ją ciepło , tęsknię i chociaż żyła niespełna 5 lat, tak niewiele pamiętam. Większość to emocje nie wydarzenia. Tym bardziej cieszę się, że prowadziłam wtedy notatki, które spęta w całość pozwoliły stworzyć " Życiową zwrotnicę" . 

Wiele się wydarzyło od tamtej pory. mam jeszeszyze przecież 3 synów. Najstarszy ma 27 lat, średni 20, najmłodszy 10 i córeczka Hania 7. ( moje życie nadaje się na książkę). Zrozumie ten, kto zmaga się z obcowaniem pod jednym dachem z dzieckiem w spektrum a kolejne dziecko ADHD. To nie są łatwe beztroskie chwile, ale takie , które wymagają czasem więcej, niż człowiek jest w stanie wykrzesać. Ale teraz nie o tym. 

Otóż wiele tal temu zaczęłam pisać książkę, o cudownej dziewczynie poznanej w Ameryce, której historia mnie urzekła. Pozostawiła w mym sercu ślad, którego nie zmyły minione lata. Tak minęło 12 lat a wspomnienia wciąż tętnią mi w głowie. I tak 1,5 roku ciężko pracowałam, codziennie pisałam między obowiązkami, pracą , domem, dziećmi, pisałam... 

I napisałam ok 500 stron powieści obyczajowej: "Przebudzenie. Złodziej życia" 

Wydanie tej książki nie będzie łatwą sprawą, co koszty wydawnicze subsydiowane, czyli współfinansujące z autem i wydawnictwem to ok 20.000 zł. 

Ale cóż, może okrojenie powieści o jakieś 100 stron zmniejszy koszty wydawnicze. Zobaczymy... 

Przedstawię niebawem kilka fragmentów z prośbą o waszą opinię. To bardzo cenne, bo kto jak nie czytelnicy, mieliby ocenić wartość treści. 

Na początek wstęp i pierwsza strona powieści;) 

Co myślicie? 

WSTĘP

Zanim zaczęłam pisać tę książkę, przez długi czas nosiłam w sobie historię, która wracała do mnie jak fala – pojawiała się nagle, przynosząc ze sobą emocje, pytania i potrzebę opowiedzenia jej światu.

Pierwsze kilkadziesiąt stron powstało ponad dziesięć lat temu. Dopiero po czasie zrozumiałam jednak, że aby opowiedzieć tę historię naprawdę, muszę sama do niej dojrzeć. Bohaterka tej książki jest osobą, którą poznałam osobiście. Na potrzeby powieści zmieniłam jej dane oraz niektóre okoliczności wydarzeń, a część postaci i wątków została literacko przetworzona. Mimo to fundament tej opowieści pozostaje prawdziwy.

To historia kobiety, której życie zostało naznaczone doświadczeniem cierpienia, choroby i długiej walki o odzyskanie sensu. Historia, która prowadzi przez zwątpienie, bunt i pytania o sprawy, na które nie zawsze potrafimy znaleźć racjonalne odpowiedzi.

Pisząc tę książkę, wielokrotnie zadawałam sobie pytania, które od wieków towarzyszą ludziom: czy wszystko w naszym życiu jest przypadkiem? Dlaczego jedni muszą mierzyć się z bólem, a inni zdają się iść przez życie lżejszym krokiem? Czy cierpienie może mieć głębszy sens?

Nie znam wszystkich odpowiedzi. Wiem jednak, że niektóre historie pojawiają się w naszym życiu po to, by skłonić nas do poszukiwań – w sobie, w drugim człowieku i w tym, co niewidzialne.

Ta książka jest próbą opowiedzenia jednej z takich historii.


„Post scriptum:

Najdroższa,

Listy docierają z opóźnieniem, ale wiem, że potrzebujesz czasu, by podjąć decyzję, która będzie najlepsza dla Ciebie. Nie chcę, byś czuła jakąkolwiek presję – nie będę Cię do niczego zmuszał. Chciał

bym, byś wiedziała, że pragnę być z Tobą ponad wszystko. Jeśli zdecydujesz się podjąć ze mną wspólną podróż przez życie, zabiorę Cię ze sobą do świata, w którym będziesz miała wszystko, o czym marzysz. Jeśli jednak odmówisz, obiecuję, że nigdy więcej nie będę Cię nachodził, bo szanuję Twoje pragnienia i przestrzeń.

Proszę, wsłuchaj się w swoje serce, ono zna odpowiedź. 

Za trzy miesiące wrócę do Ciebie z prośbą o decyzję, ale do tego czasu chcę, byś czuła się wolna i spokojna.

Śpij dobrze, najdroższa, wiedz, że moje serce należy do Ciebie, droga Julio.
Na zawsze twój Romeo. 



Rozdział I 

Urszula stała w korytarzu, zapinając ostatni duży guzik swojej ciemnobrązowej, dwurzędowej jesionki. Sięgała właśnie po torebkę, gdy kątem oka zauważyła, że drzwi do pokoju dziennego uchyliły się o kilka centymetrów. Cofnęła się natychmiast, by je domknąć. Pokój „wizyt” musiał zawsze pozostawać w nienagannym stanie – na wypadek, gdyby któraś z jej koleżanek po fachu, postanowiła wpaść po pracy na szybką, niezapowiedzianą kawę i paluszki. Dopiero po zmroku zamieniał się w sypialnię Urszuli i Jana. Już miała wychodzić, ale w postanowiła jeszcze rzucić okiem na wnętrze pokoju. 

— A niech to! Znowu ten sierściuch! — warknęła, zatrzymując się w progu.

Rudowłosy Feliks leniwie przeciągał się na stole, rozciągając łapy na białym, haftowanym obrusie — tym samym, który Urszula kupiła w Cepelii na dziesiątą rocznicę ślubu i który miał dla niej szczególną wartość. Widok kociego futra na tej delikatnej tkaninie od razu podniósł jej ciśnienie.

— Złaź stąd natychmiast! — fuknęła, zamachując się ręką.

Kot ledwo zdążył unieść głowę, gdy nagły ruch Urszuli zmiótł go ze stołu. Feliks, rozcapierzając pazury, poleciał prosto pod kaloryfer, wydając z siebie głośny miauk, a obrus podążył za nim, łopocząc jak spadochron. Na podłogę posypały się okruchy po dwóch herbatnikach, papierowe serwetki wraz z serwetnikiem oraz niedopita poranna kawa z przewróconej filiżanki. Urszula szybko podniosła obrus. Dopiero wtedy zobaczyła nadpruty haftowany słonecznik Van Gogha, z którego kolorowe nici zwisały smętnie jak skrawki waty. Jej najlepszy obrus — zrujnowany przez to cholerne kocisko. Skulony przy kaloryferze Feliks wbijał w nią przerażony wzrok, jakby próbował przewidzieć jej następny ruch. Jego rude futro drżało lekko na grzbiecie, a wielkie bursztynowe oczy patrzyły z mieszaniną strachu i niewinności. Gniew w Urszuli narastał gwałtownie, jak ogień podsycony nagłym podmuchem wiatru. Zacisnęła dłonie w pięści tak mocno, że paznokcie niemal wbiły się w skórę.

— ELIZA! — ryknęła, aż kieliszki w witrynie pod ścianą zadźwięczały. — Zajmij się tym szkodnikiem! Właśnie zniszczył mój ulubiony obrus! Same z nim kłopoty! I to wszystko przez wasze idiotyczne pomysły! Twoje i Franciszka! Że też musiał sprezentować ci tego kocura!

Chwilę później w zamku przekręcił się klucz. Kroki Urszuli ucichły na klatce schodowej. Drzwi do pokoju Elizy uchyliły się ostrożnie. Dwunastoletnia dziewczynka wychyliła głowę, nasłuchując otoczenie. W mieszkaniu panowała cisza. Nie musiała nawet szukać kota. Rudy Feliks już ocierał się o jej nogę, spragniony pieszczot.

— Chodź, kochanie — powiedziała cicho, biorąc go na ręce. Pogładziła miękkie futerko za sterczącym uszkiem i pocałowała kota w głowę. Feliks zamruczał, mrużąc swoje błyszczące oczy. — Za co ona cię tak nienawidzi, co, przyjacielu? — szepnęła wzdrygając ramionami. Kot zamruczał jeszcze głośniej. Eliza uśmiechnęła się lekko. Nie potrzebowała odpowiedzi. Doskonale wiedziała, że Feliks już jej udzielił. 


czwartek, 26 listopada 2020

Aborcjaporonieniewymuszone#stratacierpienie

     Bardzo dawno tu nie zaglądałam. Nie znaczy to, że nie było czasu, bo zawsze się znajdzie, myślałam o tym blogu, który powstał przecież w 2012/2013 roku, kiedy żyła jeszcze Marysia, moja śp. córeczka, dla której to właśnie powstawał blog. Niestety, zanim zdążyłam zapełnić stronice o jej historii, ona zmarła. Odeszła do lepszego świata, mając niespełna 5 lat. Dla mnie zawsze będzie tą malutką Marysią, która nieustannie nosiła pampersy, która była „leżącym niemowlęciem” bo przecież nigdy nie usiadała, nie wypowiedziała żadnego słowa, nie znałam nawet jej głosu, nigdy mnie samoistnie nie przytuliła, nie objęła, ale czasem jej rozbiegany wzrok skupił się na moment by spojrzeć, czy kiedy leżała pod respiratorem na OIOM-ie, z jej oczu pociekły łzy, gdy do niej mówiłam. Nie wiem do dzisiaj, czy cokolwiek rozumiała, co czuła, co myślała, czy w ogóle coś potrafiła myśleć i rozumieć, tego nie wie nikt. Ale wiem, że walczyła, że mnie kochała i wiedziała, że ja kocham też ją ponad wszystko.  Trudno porównać to uczucie do czegokolwiek. To prawdziwa bezinteresowna czysta miłość, niewymuszona, nieskażona, dziewicza, miłość, która nie żądała odwzajemnienia, która niczego nie oczekiwała, ona po prostu była tak silna i wyraźna, taka inna. Dziś po latach ledwo ją pamiętam jej moc, wiem, że była zupełnie innym doznaniem, chociaż kochałam starszych synów, męża, ale ta miłość to zupełnie inna bajka, jakby z innego wymiaru. Cieszę, się, że mogłam jej zaznać poczuć na sobie, doświadczyć, bo dziś po 7 latach tli się jedynie w sercu, choć miłość , tęsknota pozostaną w pamięci na zawsze, tak barwy owej miłości jakby wyblakły, nie są tak namacalne, ciężko je wychwycić, przywołać. Łzy tylko lecą po policzkach a w pamięci daje się przywołać zaledwie kilkadziesiąt wspomnień. Ale mam coś co te wspomnienia wyostrza, przywołuje, odtwarza, jak ukochany choć trochę zapomniany film. To moja książka,  życiowa zwrotnica, która jest swoistym pamiętnikiem tych wszystkich emocji. 

Marysia była od zawsze wymarzoną córeczką, której pragnęłam ponad wszytko. Teraz, kiedy na codzień słyszy się o aborcji, o strajku kobiet, zadaję sobie pytanie. A co jeśli?

Kiedyś twierdziłam, że nigdy przenigdy nie usunęłabym ciąży. Nie potrafiłam zrozumieć kobiet, które się na to zdecydowały. Tak kiedyś bym tego nie zrobiła. Chociaż nie wiem, jakie myśli toczyłyby bitwę w mej głowie, gdybym wiedziała że ona urodzi się chora, że jej i nasze życie będzie skazane na cierpienie, które nie będzie miało happyendu. Pewnie też zdecydowałabym się urodzić wtedy to dziecko, bo przecież jeśli czegoś nie znamy, bo nie doświadczyliśmy, to są to tylko nasze wyobrażenia, przypuszczenia i insynuacje. Dziś wiem, że jeśli w rodzinie pojawia się chore dziecko, to cierpi nie tylko matka i ojciec. Cierpi cała rodzina. Cierpią starsze dzieci, które nagle zostają odtrącone, nie ma dla nich czasu, bo przecież trzeba zajmować się tym chorym dzieckiem. Mama przestaje się uśmiechać, a zamiast tego z jej oczu ciąglę płynął łzy. Dom jest pusty, bo znajomi przestali przychodzić i dzwonić, bo zwyczajnie nie wiedzą jak się zachować, co powiedzieć. Nikt nie uśmiecha się do tego dziecka mówić jaki piękny bobasek, bo przecież tak nie jest. Dziecko jest chore, nie uśmiecha się, nie gaworzy, nie wyciąga rączek, nie guga, nie jest zainteresowane światem. Ma swój własny, odmienny świat. I rodziców, którzy je kochają ale cierpią i wciąż płaczą, nieustannie, i babcię i dziadka. którzy płaczą do swoich posuszek, i choć starają się pomóc, są tak samo bezsilni. 

I te dzieci w tym domu czują samotność, przerażającą głuchość, które odbija się od pustych pozbawionych sensu życia ścian. Stracili matkę, stracili ojca, stracili dziecinstwo, kolegów i koleżanki, znajomych, nie ma spacerów do parku, jest tylko dom i wyjazdy rodziców do lekarzy, daleko , czasem za granice, bo może tam im pomogą, i pobyty w szpitalach, tygodniami , miesiącami, a dzieci są same to z babcią, trochę z tatą, trochę same. Ich serca płaczą, choć nie rozumieją dlaczego , ich świat doznaje wstrząsu, który na zawsze zmianie ich jescestwo. Który odmieni ich psychikę, jeszcze tego nie wiedzą, ani oni ani rodzice, że za rok dwa pięć pojawią się problemy psycholo-społeczne, które będą długo nosić na sobie brzemię tamtych wydarzeń. Nikt tego od razu nie wie, że długie lata ciężkiej pracy rodziców dziadków, psychologów, będą starały się naprawić straty, które są nie do naprawienia, bo bardzo wcześnie, w radosnym dzieciństwie pojawiło się coś, co je zburzyły, odmieniło już na zawsze. 

Dzisiaj, czy podęjłabym decyzję o urodzeniu chorego dziecka? Pewnie tak, gbybym była egoistką. A co jeśli historia chciałaby się powtórzyć? Przecież po śmierci Marysi pojawił się 3 lata późnej kolejny synek. Czy dziś on też miałby przeżyc to , co poprzedni? Czy też musiałby być obarczony cierpieniem, odebraniem mu dziecinstwa, rodziców, życia? TO takie trudne i skomplikowane. Wiem jedno: NIGDY NIE MÓW NIGDY.. To za co kiedyś krytykowałam, dziś sama przeżyłam, to z czego się śmiałam, sama dostałam, to co mnie bulwersowała, też mnie dotknęło, to z czego szydziałam, musiałam się zmierzyć. 

Mam cudowną rodzinę, choć obarczoną trudną przeszłością. Sama musiałam ponieść najwyższą cenę, by nie dopuścić by historia zatoczyła koło. Dziś targają mną wspomnienia i łzy, które oczyszczają zbolałą duszę. Dziś mam dwa cudowne Anioły w niebie, Marysię 23.03.2013 † i Anusię 07.03.2018† i dwie dziury w sercu, przez które wieje pusty wiatr tęsknoty, żalu i cierpienia. Ale tę cenę musiałam ponieść, by być w miejscu, w którym dziś jestem. Cenę strachu, bo na świecie istneje tylko miłość i strach. Wszystko ociera się o jedno i drugie. Miłość i strach przeplatają się wzajemnie i to one wciskają play lub pause naszego życia. To one wyznaczają kierunek. Miłość i strach. W jego obliczu zapominamy czasem, by zwiększyć dawkę tego pierwszego, to drugie odejdzie. Kiedy natłok myśli nas bombarduje, to strach bierze górę, a my spadamy w dół. Strach zostawia po sobie sączące blizny, miłość nie. 


    

środa, 4 września 2019

Craniodzieci i płaska głowa niemowlęcie

Craniosynestoza - taka diagnoza padła 2,5 roku temu, kiedy synek miał 6 miesięcy. Żaden z odwiedzanych przez nas prywatnie lekarzy nie widział powodu do niepokoju, nawet dziecięcy neurolog, ale czujne serce matczyne i wrodzona intuicja ciągle coś podejrzewała.
Synek jest już 2 lata po operacji co opisałam wcześniej i właśnie teraz zaczął naukę w przedszkolu. Mam nadzieję, ze będzie czuł się tam dobrze i nie wydarzy się nic niepokojącego . Pod koniec roku ponowna wizyta kontrolna u neurologopedy i profesora neurochirurgii, który operował Mareczka.
Teraz 3 mies temu urodziałam córeczkę i tez lekko niepokoi mnie jej kształt główki, ma jakby spłaszczoną z tyłu potylicę i głowa nie zaokrągla się tylko jest jakby lekko stożkowa. Ale tym razem jestem dobrej myśli, mam nadzieję, że prof zobaczy córeczkę i powie że to nieoperacyjna plagiocefalia/
kupiłam jej poduszkę mimos  profesjonalną na korekcję płaskiej głowy i stosujemy ją od 2 tygodni. wydaje mi się, że juz jest leciutka poprawa. No cóż czekamy do końca listopada na spotkanie z profesorem


będę pisać o postępach i o rezultatach stosowanie poduszki z dziurką  mimos ;) 




poniedziałek, 9 lipca 2018

czy o cranio można zapomnieć?

Synek ma dwa latka, minął a w zasadzie minie niedługo rok od operacji. Sporo osób dzwoni i pisze do mnie w sprawie cranio. Wiem, bo sama byłam na tym etapie i też szukałam informacji w necie i pomocy. Wiem jak bardzo przerażeni są rodzice dzieci u których zdiagnozowano tę chorobę. Dzisiaj rozmawiałam z jedną panią , która ma miesięcznego synka z podejrzeniem tej samej wady - kraniosynestoza czołowa. Jest przerażona, ale dzięki mojemy blogowi dowiedziała się mnóstwo szczegółów. Bardzo mnie to cieszy. Tylko dlatego właśnie piszę te historię - podobnie jak było z moją Śp. córeczką MARYSIĄ, dla której powstał ten blog, potem książka. Jej życie pomogło wielu ludziom, a choroba Mareczka pomaga teraz innym dzieciaczkom. Rodzice pytają jak rozwija się teraz synek, bo szczegóły operacji i tego jak to się zaczęło znają z moich wcześniejszych wpisów. Otóż, mały ma się całkiem dobrze, poza tym, że niestety 3 krotnie nabił sobie okropnego guza. To było przerażające i do tej pory drżę jak on uskutecznia swoje ekstremalne zabawy.
Naprawdę jest małym kaskaderem, jest tak bardzo żywiołowy, ruchliwy, ciekawski, włazi wszędzie, wszędzie się wspina, nie ominię garnków w których się coś gotuje, bo przecież on musi też zamieszać tam łyżką, sam przeewraca na grillu kurczaka i robi wiele innych rzeczy. W sekundę potrafi zmienić swoje zainteresowanie i nagle z garnków jest już przy zlewie i próbuje zmywać naczynia. Oczywiście wszędzie pcha lub zanosi sobie krzesełko, a jak to wnie wystarcza to ciężki hoker z kuchni. Masakra. Tak ciężko go okiełzać. Sam umie otworzyć okno i w zasadzie chyba nie ma rzeczy , która sprawiałaby mu jakąś manualną trudność. Bardzo trudno jest się nim opiekować, bo jego energia i pomysły przerastają moje przewidywania. Synek jest bardzo absorbujący. `To naprawdę mega zadanie się nim zajmować - teściowie po ostatnim kontakcie z wnuczkiem - gdy my poszliśmy na 2 godz do teatru, powiedzieli, że tak długo nie będą więcej go pilnować, bo jest nie do ogarnięcia. Więc .... no właśnie a ja mam to 24 h na dobę plus dom, starszy syn, obiady, pranie sprzątanie, zakupy, spacer, i takie tam.
Ale kto matce współczuje? Nikt, bo nikt tego nie wie. Jednak sama zanim zaszłam w ciążę modliłam się o zdrowe dziecko które będzie robić to wszystko czego Marysia nie mogła robić i to własnie mam;) więc nie narzekam. Mówiłam do brzucha - " niech broi , rozrabia, tak jak zdrowe dzieci, niech będzie energiczny i zdrowy " - i dokładnie to dostałam z nawiązką;) Mam tylko nadzieję, że z czasem  jego zabawy staną sie po prostu mniej niebezpieczne, bo każdego dnia nie mogę go spuścić na chwilę z oczu, by się nie oparzył, nie skoczył z mebli, nie spadł z krzesła, nie wypadł przez okno, nie pociął nożem. On wie wszystko gdzie co jest w domu i do czego służy, nawet ostatnio wyjął tarkę i tarkował czosnek wraz z własnym paluszkiem - takie pomysły ma mój synek , on chce wszystko robić sam  - ja siam  - mówi. Ale do tego jest bardzo słodki, taki słodki łobuziak, kocham go nad życie;)
Rozwija się naprawdę dobrze, mamy tylko zalecenie na rehabilitację do neurologopoedy, bo synak z racji choroby ma gotyckie podniebienie i obniżone napięcie w jamie ustnej, przesunięty zgryz, więc nad tym musimy pracować, reszta wydaje się być ok. ;) w listopadzie kolejna wizyta w Katowicach na usg szwów czaszkowych, no cóż czekamy  ...



piątek, 16 marca 2018

życie z Cranio

Synek jest 7 miesięcy po operacji. Zalecnia były takie aby przez okres 2-3 lat pilnować by nie dochodziło do urazu głowy. Pilnujemy, ale synek jest żywym srebrem, jest tak szybki jak błyskawica i mega sprawny ruchowo. Nie ma dla niego problemu wspiąć się na regał, wejść na stół, podsuwa sobie krzesło a nawet wysoki hoker jak musi gdzieś dotrzeć, stanie na parapecie, by zobaczyć co jest za oknem to chleb powszedni. Pewnie to nie było najgorsze jak fakt, ze kiedy mały się zdenerwował czym kolwiek - od razu uderzał czołem np w ścianę lub podłogę robił to odruchowo, że często nie zdążyłam nawet do niego podbiec. Mieliśmy niestety wypadek z guzem na czole. Wystraszyłam się na śmierc i myslałam, że przyjdzie nam jechać 600 km do Katowić do prof. ( była niedziela) jednak napisałam sms i wysłałam zdjecia -= prof oddzwonił, pytał czy jest przytomny , na szczęście synek płakał z bólu ale mimo to zachowywał się normalnie i zostaliśmy z zaleceniami w domu . Byłam przerażona.

Na szczęście okłady i jakiś czas 2 tygodni - guz zszedł. Ale byliśmy wystraszeni na śmierć. Niestety nie da się zapnaować nad wszystkim, bo czasem sekunda nieuwagi ( akurat gotowałam obiad a on się zdenerwował na coś , nawet nie pamiętam na co i gotowe, podbiegł do ściany z impetem i już. 
Jeździmy regulanie do Katowić do prof na kontrolę, teraz w kwietniu czeka nas usg szwów i czaszki. 
Poza tym synek rozwija się wspaniale - ruchowo ponad mormę, słabo trochę z mową, idzie do przodu, ale wiecej pokazuje niż mówi, Mam jednak nadzieję, że przyjdzie na to czas, za 2 mies kończy 2 latka. 
Jest naszym oczkiem w głowie i rozkosznym łobuziakiem. 


życzczymy wytrwałości wszystkim rodzicom cranio dzieciaczkom!