Witajcie kochani!
NIe było mnie , o matko , nie wiem ile czasu, wstyd się przyznać. Nie dlatego, że zaniedbałam swój blog, ale ach... życie potrafi wprowadzać człowieka na wiele zakrętów. Niebawem już w kwietniu minie 13 lat, odkąd odeszła Marysia. Nie ma dnia abym o niej nie pomyślała. Wspominam ją ciepło , tęsknię i chociaż żyła niespełna 5 lat, tak niewiele pamiętam. Większość to emocje nie wydarzenia. Tym bardziej cieszę się, że prowadziłam wtedy notatki, które spęta w całość pozwoliły stworzyć " Życiową zwrotnicę" .
Wiele się wydarzyło od tamtej pory. mam jeszeszyze przecież 3 synów. Najstarszy ma 27 lat, średni 20, najmłodszy 10 i córeczka Hania 7. ( moje życie nadaje się na książkę). Zrozumie ten, kto zmaga się z obcowaniem pod jednym dachem z dzieckiem w spektrum a kolejne dziecko ADHD. To nie są łatwe beztroskie chwile, ale takie , które wymagają czasem więcej, niż człowiek jest w stanie wykrzesać. Ale teraz nie o tym.
Otóż wiele tal temu zaczęłam pisać książkę, o cudownej dziewczynie poznanej w Ameryce, której historia mnie urzekła. Pozostawiła w mym sercu ślad, którego nie zmyły minione lata. Tak minęło 12 lat a wspomnienia wciąż tętnią mi w głowie. I tak 1,5 roku ciężko pracowałam, codziennie pisałam między obowiązkami, pracą , domem, dziećmi, pisałam...
I napisałam ok 500 stron powieści obyczajowej: "Przebudzenie. Złodziej życia"
Wydanie tej książki nie będzie łatwą sprawą, co koszty wydawnicze subsydiowane, czyli współfinansujące z autem i wydawnictwem to ok 20.000 zł.
Ale cóż, może okrojenie powieści o jakieś 100 stron zmniejszy koszty wydawnicze. Zobaczymy...
Przedstawię niebawem kilka fragmentów z prośbą o waszą opinię. To bardzo cenne, bo kto jak nie czytelnicy, mieliby ocenić wartość treści.
Na początek wstęp i pierwsza strona powieści;)
Co myślicie?
WSTĘP
Zanim zaczęłam pisać tę książkę, przez długi czas nosiłam w sobie historię, która wracała do mnie jak fala – pojawiała się nagle, przynosząc ze sobą emocje, pytania i potrzebę opowiedzenia jej światu.
Pierwsze kilkadziesiąt stron powstało ponad dziesięć lat temu. Dopiero po czasie zrozumiałam jednak, że aby opowiedzieć tę historię naprawdę, muszę sama do niej dojrzeć. Bohaterka tej książki jest osobą, którą poznałam osobiście. Na potrzeby powieści zmieniłam jej dane oraz niektóre okoliczności wydarzeń, a część postaci i wątków została literacko przetworzona. Mimo to fundament tej opowieści pozostaje prawdziwy.
To historia kobiety, której życie zostało naznaczone doświadczeniem cierpienia, choroby i długiej walki o odzyskanie sensu. Historia, która prowadzi przez zwątpienie, bunt i pytania o sprawy, na które nie zawsze potrafimy znaleźć racjonalne odpowiedzi.
Pisząc tę książkę, wielokrotnie zadawałam sobie pytania, które od wieków towarzyszą ludziom: czy wszystko w naszym życiu jest przypadkiem? Dlaczego jedni muszą mierzyć się z bólem, a inni zdają się iść przez życie lżejszym krokiem? Czy cierpienie może mieć głębszy sens?
Nie znam wszystkich odpowiedzi. Wiem jednak, że niektóre historie pojawiają się w naszym życiu po to, by skłonić nas do poszukiwań – w sobie, w drugim człowieku i w tym, co niewidzialne.
Ta książka jest próbą opowiedzenia jednej z takich historii.
„Post scriptum:
Najdroższa,
Listy docierają z opóźnieniem, ale wiem, że potrzebujesz czasu, by podjąć decyzję, która będzie najlepsza dla Ciebie. Nie chcę, byś czuła jakąkolwiek presję – nie będę Cię do niczego zmuszał. Chciał
bym, byś wiedziała, że pragnę być z Tobą ponad wszystko. Jeśli zdecydujesz się podjąć ze mną wspólną podróż przez życie, zabiorę Cię ze sobą do świata, w którym będziesz miała wszystko, o czym marzysz. Jeśli jednak odmówisz, obiecuję, że nigdy więcej nie będę Cię nachodził, bo szanuję Twoje pragnienia i przestrzeń.
Proszę, wsłuchaj się w swoje serce, ono zna odpowiedź.
Za trzy miesiące wrócę do Ciebie z prośbą o decyzję, ale do tego czasu chcę, byś czuła się wolna i spokojna.
Śpij dobrze, najdroższa, wiedz, że moje serce należy do Ciebie, droga Julio.
Na zawsze twój Romeo.
Rozdział I
Urszula stała w korytarzu, zapinając ostatni duży guzik swojej ciemnobrązowej, dwurzędowej jesionki. Sięgała właśnie po torebkę, gdy kątem oka zauważyła, że drzwi do pokoju dziennego uchyliły się o kilka centymetrów. Cofnęła się natychmiast, by je domknąć. Pokój „wizyt” musiał zawsze pozostawać w nienagannym stanie – na wypadek, gdyby któraś z jej koleżanek po fachu, postanowiła wpaść po pracy na szybką, niezapowiedzianą kawę i paluszki. Dopiero po zmroku zamieniał się w sypialnię Urszuli i Jana. Już miała wychodzić, ale w postanowiła jeszcze rzucić okiem na wnętrze pokoju.
— A niech to! Znowu ten sierściuch! — warknęła, zatrzymując się w progu.
Rudowłosy Feliks leniwie przeciągał się na stole, rozciągając łapy na białym, haftowanym obrusie — tym samym, który Urszula kupiła w Cepelii na dziesiątą rocznicę ślubu i który miał dla niej szczególną wartość. Widok kociego futra na tej delikatnej tkaninie od razu podniósł jej ciśnienie.
— Złaź stąd natychmiast! — fuknęła, zamachując się ręką.
Kot ledwo zdążył unieść głowę, gdy nagły ruch Urszuli zmiótł go ze stołu. Feliks, rozcapierzając pazury, poleciał prosto pod kaloryfer, wydając z siebie głośny miauk, a obrus podążył za nim, łopocząc jak spadochron. Na podłogę posypały się okruchy po dwóch herbatnikach, papierowe serwetki wraz z serwetnikiem oraz niedopita poranna kawa z przewróconej filiżanki. Urszula szybko podniosła obrus. Dopiero wtedy zobaczyła nadpruty haftowany słonecznik Van Gogha, z którego kolorowe nici zwisały smętnie jak skrawki waty. Jej najlepszy obrus — zrujnowany przez to cholerne kocisko. Skulony przy kaloryferze Feliks wbijał w nią przerażony wzrok, jakby próbował przewidzieć jej następny ruch. Jego rude futro drżało lekko na grzbiecie, a wielkie bursztynowe oczy patrzyły z mieszaniną strachu i niewinności. Gniew w Urszuli narastał gwałtownie, jak ogień podsycony nagłym podmuchem wiatru. Zacisnęła dłonie w pięści tak mocno, że paznokcie niemal wbiły się w skórę.
— ELIZA! — ryknęła, aż kieliszki w witrynie pod ścianą zadźwięczały. — Zajmij się tym szkodnikiem! Właśnie zniszczył mój ulubiony obrus! Same z nim kłopoty! I to wszystko przez wasze idiotyczne pomysły! Twoje i Franciszka! Że też musiał sprezentować ci tego kocura!
Chwilę później w zamku przekręcił się klucz. Kroki Urszuli ucichły na klatce schodowej. Drzwi do pokoju Elizy uchyliły się ostrożnie. Dwunastoletnia dziewczynka wychyliła głowę, nasłuchując otoczenie. W mieszkaniu panowała cisza. Nie musiała nawet szukać kota. Rudy Feliks już ocierał się o jej nogę, spragniony pieszczot.
— Chodź, kochanie — powiedziała cicho, biorąc go na ręce. Pogładziła miękkie futerko za sterczącym uszkiem i pocałowała kota w głowę. Feliks zamruczał, mrużąc swoje błyszczące oczy. — Za co ona cię tak nienawidzi, co, przyjacielu? — szepnęła wzdrygając ramionami. Kot zamruczał jeszcze głośniej. Eliza uśmiechnęła się lekko. Nie potrzebowała odpowiedzi. Doskonale wiedziała, że Feliks już jej udzielił.