środa, 11 marca 2026

 Wczoraj miałam trochę gorszy dzień - jak w życiu... Ale dzisiaj, znowu poprzez słowa innego człowieka, moje życie nabrało blasku. Ktoś znowu pocieszył moje czasem wątpiące serce, żeby nie wątpić, a wierzyć... Żeby słuchać głosu duszy, który na okrągło posyła wiadomość, że życie Marysi niosło przesłanie, że Ona była posłanką. Kiedy mój zwodniczy umysł każe kierować się w stronę przeszłości, ciało doświadcza tego co dzisiaj, serce wątpi, to rozwiązanie zna jedynie dusza - zna przyszłość. I właśnie tego uczyła mnie Marysia. Umysł jest zdolny do zapamiętywania i analizy, ciało do doświadczania i czucia, dusza zaś do obserwacji ale i pełnej świadomości, ona wie....Ponieważ dusza, to ta część Boga, która jest przy nas cały czas. Dlatego nie staram się zapomnieć przeszłości, ale staram się zrozumieć, czego mnie nauczyła, czym mnie obdarzyła i co pokazała. I dlatego ta książka w ogóle powstała. Na początku tego nie wiedziałam. Ale dzisiaj uczę się tego także od was, od moich blogowych przyjaciół, od czytelników Życiowej zwrotnicy, których słowa skłaniają mnie do refleksji, do chwili zadumy i jakby potwierdzają tajemniczy głos mojej duszy.... To wszystko ma sens. Życie Jezusa też niosło naukę. Był doskonały. Tak jak Marysia, która nigdy niczego nie pragnęła, nigdy nic nie powiedziała, uczyła kochać i dawała miłość. Była doskonała. Teraz jej nauki spisane na kartach życiowej zwrotnicy dają nadzieję innym, a mnie ogromne pocieszenie i spokój ducha. 

A to przesłanie dociera do wielu rodzin i to jest coś, co potrafi dawać niesamowitą radość;)
Pragnę podzielić się z wami kolejną niezwykłą wypowiedzią poświadczającą tajemnicze działanie Marysi...

Witaj Aniu :) (mam nadzieję że mogę mówić ci po imieniu)
Ja w przeciwieństwie do większości osób przeczytałam Twoją książkę zupełnie inaczej. Kiedy listonosz wręczył mi ją owego dnia, rozpakowałam ją, obejrzałam zdjęcia Marysi, a następnie odstawiłam książkę na szafkę. Kilka dni przyglądałam się jej intensywnie, ponieważ czułam, że gdy wezmę ją znowu w ręce i zacznę czytać, zmieni ona całkowicie moje obecne nastawienie do życia i do tych skrajnych uczuć i emocji które ostatnio przeżywam.
I tak się faktycznie stało...
Czytając płakałam i śmiałam się na zmianę, czułam jak opuszczają mnie dręczące myśli. Zaczęłam inaczej patrzeć na to wszystko co mnie w moim życiu spotkało.
Czytając Twoje życie miałam wrażenie jakbym przeżywała na nowo moje ostatnie sześć lat życia...
Byłam zdumiona jak niesamowicie prosta jest droga do tego by czerpać radość z życia mimo zdarzeń i sytuacji, które niejednokrotnie podcinają nam nogi i powalają na kolana.
Napisałaś że "Bóg nie daje większego krzyża niż ten jaki jesteśmy w stanie udźwignąć". Dziś już to rozumiem...
Ja natomiast powtarzałam sobie zawsze że " Nie trzeba czekać, aż zdejmą krzyż z naszych ramion. Wystarczy się z nim pogodzić, a już jest lżej..."
Książka jest piękna, wzruszająca, oczyszczająca. Uczy niezwykłej, wręcz idealnej miłości.
Dziękuję Ci za wzruszającą opowieść, dającą nadzieję i ukojenie. Z niecierpliwością czekam na kolejną książkę :)
Pozdrawiam i jeszcze raz dziękuję.
Irena Flet.


Marysiu...., kochana..!




Dzięki niej w drodze kolejna książka zupełnie inna powieść, o niezwykłej bohaterce, matce, żonie, która niesie przesłanie dla każdego z nas... Już w krótce : "Przebudzenie. Złodziej życia" , którą napisałam ...

Jestem ponownie po latach...Nowa książka....

 Witajcie kochani!

NIe było mnie , o matko , nie wiem  ile czasu, wstyd się przyznać. Nie dlatego, że zaniedbałam swój blog, ale ach... życie potrafi wprowadzać człowieka na wiele zakrętów. Niebawem już w kwietniu minie 13 lat, odkąd odeszła Marysia. Nie ma dnia abym o niej nie pomyślała. Wspominam ją ciepło , tęsknię i chociaż żyła niespełna 5 lat, tak niewiele pamiętam. Większość to emocje nie wydarzenia. Tym bardziej cieszę się, że prowadziłam wtedy notatki, które spęta w całość pozwoliły stworzyć " Życiową zwrotnicę" . 

Wiele się wydarzyło od tamtej pory. mam jeszeszyze przecież 3 synów. Najstarszy ma 27 lat, średni 20, najmłodszy 10 i córeczka Hania 7. ( moje życie nadaje się na książkę). Zrozumie ten, kto zmaga się z obcowaniem pod jednym dachem z dzieckiem w spektrum a kolejne dziecko ADHD. To nie są łatwe beztroskie chwile, ale takie , które wymagają czasem więcej, niż człowiek jest w stanie wykrzesać. Ale teraz nie o tym. 

Otóż wiele tal temu zaczęłam pisać książkę, o cudownej dziewczynie poznanej w Ameryce, której historia mnie urzekła. Pozostawiła w mym sercu ślad, którego nie zmyły minione lata. Tak minęło 12 lat a wspomnienia wciąż tętnią mi w głowie. I tak 1,5 roku ciężko pracowałam, codziennie pisałam między obowiązkami, pracą , domem, dziećmi, pisałam... 

I napisałam ok 500 stron powieści obyczajowej: "Przebudzenie. Złodziej życia" 

Wydanie tej książki nie będzie łatwą sprawą, co koszty wydawnicze subsydiowane, czyli współfinansujące z autem i wydawnictwem to ok 20.000 zł. 

Ale cóż, może okrojenie powieści o jakieś 100 stron zmniejszy koszty wydawnicze. Zobaczymy... 

Przedstawię niebawem kilka fragmentów z prośbą o waszą opinię. To bardzo cenne, bo kto jak nie czytelnicy, mieliby ocenić wartość treści. 

Na początek wstęp i pierwsza strona powieści;) 

Co myślicie? 

WSTĘP

Zanim zaczęłam pisać tę książkę, przez długi czas nosiłam w sobie historię, która wracała do mnie jak fala – pojawiała się nagle, przynosząc ze sobą emocje, pytania i potrzebę opowiedzenia jej światu.

Pierwsze kilkadziesiąt stron powstało ponad dziesięć lat temu. Dopiero po czasie zrozumiałam jednak, że aby opowiedzieć tę historię naprawdę, muszę sama do niej dojrzeć. Bohaterka tej książki jest osobą, którą poznałam osobiście. Na potrzeby powieści zmieniłam jej dane oraz niektóre okoliczności wydarzeń, a część postaci i wątków została literacko przetworzona. Mimo to fundament tej opowieści pozostaje prawdziwy.

To historia kobiety, której życie zostało naznaczone doświadczeniem cierpienia, choroby i długiej walki o odzyskanie sensu. Historia, która prowadzi przez zwątpienie, bunt i pytania o sprawy, na które nie zawsze potrafimy znaleźć racjonalne odpowiedzi.

Pisząc tę książkę, wielokrotnie zadawałam sobie pytania, które od wieków towarzyszą ludziom: czy wszystko w naszym życiu jest przypadkiem? Dlaczego jedni muszą mierzyć się z bólem, a inni zdają się iść przez życie lżejszym krokiem? Czy cierpienie może mieć głębszy sens?

Nie znam wszystkich odpowiedzi. Wiem jednak, że niektóre historie pojawiają się w naszym życiu po to, by skłonić nas do poszukiwań – w sobie, w drugim człowieku i w tym, co niewidzialne.

Ta książka jest próbą opowiedzenia jednej z takich historii.


„Post scriptum:

Najdroższa,

Listy docierają z opóźnieniem, ale wiem, że potrzebujesz czasu, by podjąć decyzję, która będzie najlepsza dla Ciebie. Nie chcę, byś czuła jakąkolwiek presję – nie będę Cię do niczego zmuszał. Chciał

bym, byś wiedziała, że pragnę być z Tobą ponad wszystko. Jeśli zdecydujesz się podjąć ze mną wspólną podróż przez życie, zabiorę Cię ze sobą do świata, w którym będziesz miała wszystko, o czym marzysz. Jeśli jednak odmówisz, obiecuję, że nigdy więcej nie będę Cię nachodził, bo szanuję Twoje pragnienia i przestrzeń.

Proszę, wsłuchaj się w swoje serce, ono zna odpowiedź. 

Za trzy miesiące wrócę do Ciebie z prośbą o decyzję, ale do tego czasu chcę, byś czuła się wolna i spokojna.

Śpij dobrze, najdroższa, wiedz, że moje serce należy do Ciebie, droga Julio.
Na zawsze twój Romeo. 



Rozdział I 

Urszula stała w korytarzu, zapinając ostatni duży guzik swojej ciemnobrązowej, dwurzędowej jesionki. Sięgała właśnie po torebkę, gdy kątem oka zauważyła, że drzwi do pokoju dziennego uchyliły się o kilka centymetrów. Cofnęła się natychmiast, by je domknąć. Pokój „wizyt” musiał zawsze pozostawać w nienagannym stanie – na wypadek, gdyby któraś z jej koleżanek po fachu, postanowiła wpaść po pracy na szybką, niezapowiedzianą kawę i paluszki. Dopiero po zmroku zamieniał się w sypialnię Urszuli i Jana. Już miała wychodzić, ale w postanowiła jeszcze rzucić okiem na wnętrze pokoju. 

— A niech to! Znowu ten sierściuch! — warknęła, zatrzymując się w progu.

Rudowłosy Feliks leniwie przeciągał się na stole, rozciągając łapy na białym, haftowanym obrusie — tym samym, który Urszula kupiła w Cepelii na dziesiątą rocznicę ślubu i który miał dla niej szczególną wartość. Widok kociego futra na tej delikatnej tkaninie od razu podniósł jej ciśnienie.

— Złaź stąd natychmiast! — fuknęła, zamachując się ręką.

Kot ledwo zdążył unieść głowę, gdy nagły ruch Urszuli zmiótł go ze stołu. Feliks, rozcapierzając pazury, poleciał prosto pod kaloryfer, wydając z siebie głośny miauk, a obrus podążył za nim, łopocząc jak spadochron. Na podłogę posypały się okruchy po dwóch herbatnikach, papierowe serwetki wraz z serwetnikiem oraz niedopita poranna kawa z przewróconej filiżanki. Urszula szybko podniosła obrus. Dopiero wtedy zobaczyła nadpruty haftowany słonecznik Van Gogha, z którego kolorowe nici zwisały smętnie jak skrawki waty. Jej najlepszy obrus — zrujnowany przez to cholerne kocisko. Skulony przy kaloryferze Feliks wbijał w nią przerażony wzrok, jakby próbował przewidzieć jej następny ruch. Jego rude futro drżało lekko na grzbiecie, a wielkie bursztynowe oczy patrzyły z mieszaniną strachu i niewinności. Gniew w Urszuli narastał gwałtownie, jak ogień podsycony nagłym podmuchem wiatru. Zacisnęła dłonie w pięści tak mocno, że paznokcie niemal wbiły się w skórę.

— ELIZA! — ryknęła, aż kieliszki w witrynie pod ścianą zadźwięczały. — Zajmij się tym szkodnikiem! Właśnie zniszczył mój ulubiony obrus! Same z nim kłopoty! I to wszystko przez wasze idiotyczne pomysły! Twoje i Franciszka! Że też musiał sprezentować ci tego kocura!

Chwilę później w zamku przekręcił się klucz. Kroki Urszuli ucichły na klatce schodowej. Drzwi do pokoju Elizy uchyliły się ostrożnie. Dwunastoletnia dziewczynka wychyliła głowę, nasłuchując otoczenie. W mieszkaniu panowała cisza. Nie musiała nawet szukać kota. Rudy Feliks już ocierał się o jej nogę, spragniony pieszczot.

— Chodź, kochanie — powiedziała cicho, biorąc go na ręce. Pogładziła miękkie futerko za sterczącym uszkiem i pocałowała kota w głowę. Feliks zamruczał, mrużąc swoje błyszczące oczy. — Za co ona cię tak nienawidzi, co, przyjacielu? — szepnęła wzdrygając ramionami. Kot zamruczał jeszcze głośniej. Eliza uśmiechnęła się lekko. Nie potrzebowała odpowiedzi. Doskonale wiedziała, że Feliks już jej udzielił.