Dzisiaj mocno się wkurzyłam. Jak nie hieny cmentarne, to liście, ptaki i inne historie. Wybrałam się z moim synkiem i rodzicami na spacer do Marysi. Bardzo się ucieszył, że idzie odwiedzić siostrę, bo był 10 dni nad morzem, więc zdążył się stęsknić;) Wzięliśmy ze sobą także Milkę - pieska rodziców. Pogoda była wspaniała, więc spacer sprawił nam dużo przyjemności - przyjemne z pożytecznym. Jednak to co ujrzałam - nieźle mną wstrząsnęło - otóż na Marysiowym serduszku równolegle po przeciwnej stronie - wyschnięta kupa jakiegoś ptaka. Z pewnością wiecie jaki kwas to ustrojstwo posiada i jak np skutecznie potrafi się weżreć na przykład w lakier samochodu itp. Oczywiście po jej usunięciu został brzydki żółty ślad. Próbowaliśmy czyścić to na różne sposoby - najpierw wodą, potem delikatnie piaskiem, ale ślad i tak został. Jutro pobiegnę z mleczkiem do czyszczenia i jeszcze raz spóbuję, ale nie wiem naprawdę jak to usunąć, w końcu pomnik zrobiony jest z kamienia - białego kwarcytu. Może macie pomysły czym to usunąć? Jeśli nie zejdzie musze pomyśleć co tam umieścić - bo wygląda fatalnie.
Główną bohaterką bloga jest śp. niezwykła Marysia, która pomimo lekoopornej padaczki, małogłowia,licznych naczyniaków,znacznej skoliozy oraz wrodzonej wady przepony i stopy.. była cudownym dzieckiem, który odmienił moje życie. Blog jest poświęcony głównie Marysi, jak również innym ciekawostkom. Celem bloga jest wsparcie psychiczne i merytoryczne dla rodziców zmagających się z traumą choroby dziecka. MARYSIU! Dzięki Tobie powstała książka o niezłomności życia - Życiowa zwrotnica."
sobota, 18 lipca 2015
poniedziałek, 6 lipca 2015
jestem;)
Z wyrzutami sumienia zaglądam dzisiaj na tę stronę, do tego stopnia, że zapomniałam hasła, by się tu zalogować i chwilę to trwało. Ponad miesiąc mnie nie było. Ale cóż, o czym pisać, jeśli bohaterki bloga nie ma. Nie jestem zwolenniczką obnażania się z codziennych czynności typu zdjęcie kawy lub ciastka i napis na fb - moje śniadanie. Potem selfi i znowu jakiś wpis. WIem, że nie niektórzy to lubią i nie schodzą ze stron facebooka. Ja zaglądam tam sporadycznie. ALe do rzeczy. Zawsze znajdzie się coś, o czym można pisać. A chociażby znalazłam sobie nowe zajęcie - nowy rodzaj biznesu,którym się teraz zajmuje, który bardzo lubię , sprawia mi dużo przyjemności i daje satysfakcję finansową. Jestem niezależna godzinowo i pracuję tyle ile mam ochotę i kiedy ją mam, a że mam codziennie, więc pracuję. Na szczęście nie mam parcia nad głową, że muszę biec w pocie czoła na 7 rano do roboty i siedzieć przykuta do biurka w jednym miejscu. O co to , to nie dla mnie;)
Co jeszcze dzieje się w moim życiu ?
Codziennie myślę o Marysi i modlę się do niej, by wróciła. Jeśli nie jej duszyczka, to inna, gotowa zamieszkać pod moim sercem, a potem w moim domu. Pragnę tego ponad wszystko, ale to nie takie proste, bo zawsze jest to ale i są obawy, które ciężko przezwyciężyc jest mojemu mężowi. On nie chce ryzykować. Ja z kolei jestem otwarta na przyszłość i pewna, że jeśli Bóg dałby nam dziecko, tym razem byłoby zdrowe. Dzisiaj jest szczególny dzień
06 lipca - urodziny Marysi
06-07-08
to magiczna data, kiedy ona przyszła na świat. Dzisiaj miałaby tort z siedmioma świeczkami, koleżanki i prezenty. A dostała 7 baloników, bo pamiętam ten dzień i tę radość przeplataną rozpaczą. Dzisiaj padał deszcz, tak jak wtedy, gdy na świat przyszła Marysia. Może to anioły płakały, że przede mną stało wyzwanie, o którym nie miałam pojęcia. Dzisiaj mam w pamięci moją niespełna 5 letnią córeczkę, której twarz tak dobrze pamiętam, która wciaz była mała ( 92 cm ) pomimo wieku i wciąż była moją kochaną kruszynką. Dzisiaj serce z białego kwarcytu przykryło ten widok na zawsze. Dzisiaj mogłam zanieść jej misia i baloniki. Choć tylko tak moge uczcić jej urodzinki, to jednak w sercu gości ona codziennie, bez niepotrzebnej demonstracji. Nie ma dnia w moim życiu, bym choć przez chwilę o niej nie pomyślała. To dziwne. To tak naturalne jak zrobienie rano siku. Po prostu tak trzeba i już i tak jest w mojej głowie, Marysia jest w mojej pamięci i moim sercu nieprzerwalnie silnie i wyraźnie. Z wciąż tak samo wielką miłością i tęsknotą. NIc się nie zmieniło. Jedynie tylko to, że nigdy przenigdy jej już nie przytulę, nie dotknę , nie zobaczę i nie pocałuję.
Reszta uczuć jest wciąż taka jak dawniej, a świeca miłości wciąż pali się ogromnym płomieniem..
Co jeszcze dzieje się w moim życiu ?
Codziennie myślę o Marysi i modlę się do niej, by wróciła. Jeśli nie jej duszyczka, to inna, gotowa zamieszkać pod moim sercem, a potem w moim domu. Pragnę tego ponad wszystko, ale to nie takie proste, bo zawsze jest to ale i są obawy, które ciężko przezwyciężyc jest mojemu mężowi. On nie chce ryzykować. Ja z kolei jestem otwarta na przyszłość i pewna, że jeśli Bóg dałby nam dziecko, tym razem byłoby zdrowe. Dzisiaj jest szczególny dzień
06 lipca - urodziny Marysi
06-07-08
to magiczna data, kiedy ona przyszła na świat. Dzisiaj miałaby tort z siedmioma świeczkami, koleżanki i prezenty. A dostała 7 baloników, bo pamiętam ten dzień i tę radość przeplataną rozpaczą. Dzisiaj padał deszcz, tak jak wtedy, gdy na świat przyszła Marysia. Może to anioły płakały, że przede mną stało wyzwanie, o którym nie miałam pojęcia. Dzisiaj mam w pamięci moją niespełna 5 letnią córeczkę, której twarz tak dobrze pamiętam, która wciaz była mała ( 92 cm ) pomimo wieku i wciąż była moją kochaną kruszynką. Dzisiaj serce z białego kwarcytu przykryło ten widok na zawsze. Dzisiaj mogłam zanieść jej misia i baloniki. Choć tylko tak moge uczcić jej urodzinki, to jednak w sercu gości ona codziennie, bez niepotrzebnej demonstracji. Nie ma dnia w moim życiu, bym choć przez chwilę o niej nie pomyślała. To dziwne. To tak naturalne jak zrobienie rano siku. Po prostu tak trzeba i już i tak jest w mojej głowie, Marysia jest w mojej pamięci i moim sercu nieprzerwalnie silnie i wyraźnie. Z wciąż tak samo wielką miłością i tęsknotą. NIc się nie zmieniło. Jedynie tylko to, że nigdy przenigdy jej już nie przytulę, nie dotknę , nie zobaczę i nie pocałuję.
Reszta uczuć jest wciąż taka jak dawniej, a świeca miłości wciąż pali się ogromnym płomieniem..
sobota, 30 maja 2015
Gdzie na urlop???
No właśnie, kochani, wiem, że pisuję ostatnio coraz rzadziej, ale jak wiecie przeznaczeniem bloga było wsparcie merytoryczne dla rodziców mających chore dzieci, a główną bohaterką bloga miała być MARYSIA - i jej codzienne zmagania i sposoby pokonywania przeszkód życiowych. Trudno pisać jest o kimś, kogo fizycznie nie ma z nami od dwóch lat. Ale znaki od Marysi dostaję regularnie. I nie są to wymyślone czy wyczekiwane znaki. Ostatnio nawet przestałam robić im zdjęcia, bo niczego nikomu nie muszę udowadniać. Czuję to całym sercem i to wystarczy.
Wciąż poznaję ludzi, którzy wynoszą nauki wskazówki z życia Marysi i to jest bardzo budujące. Bo jaki sens miałaby śmierć, która nie pozwoliłaby zostawić żadnego śladu po człowieku. Chyba dlatego o to w tym wszystkim chodzi - żyć tak, by inni kroczyli naszymi śladami dochodząc dalej niż my…
Ps. Już wkrótce kończę ten syrop sosnowy - więc napiszę co wyszło;)
A wracając do tematu, właśnie wróciłam z urlopu. Tydzień z last minute w Egipcie. Wszystko byłoby fantastycznie, gdyby nie to, że każdego z mojej rodziny po kolei dopadła egipska przypadłość "zemsta Faraona" - czyli objawy chorobowe spowodowane nieprzystosowaniem organizmu do tamtejszej flory bakteryjnej. I ja z moją mamą przeleżałam jeden dzień plackiem w łóżku z okropnymi bólami mięśni, głowy gardła - wszystkiego. Egipskie specyfiki ( tamtejsze leki) pomogły, ale wycierpieć trzeba było. Moich synów i to w dniu wyjazdu dopadło także, ale z innej strony - biegunka i wymioty. Na lotnisku młodszy synek wymiotował dosłownie wszędzie - nawet do koszy na śmieć, bo w takim wypadku nie ma szansy by dobiec do WC, jeśli jest daleko. To był koszmar. I jeszcze jedno, mój mąż i ja wróciliśmy z bolącym uchem. Bez antybiotyku się nie obyło. To pierwszy nasz urlop z przejściami, ale i tak trzeba się cieszyć tym, że nie przechodzimy tego za każdym razem jak niektórzy. Polecam urlop za granicą. Murowana pogada, było 45 stopni w cieniu , 52 na słońcu. Nic tylko siedzieć cały dzień w basenach, a było ich sporo, fajne zjeżdżalnie, sztuczna fala, pontony, brodziki, cebula, dla każdego coś fajnego;) W opcji all inclusive ( już za ok 1500 zł od osoby) full opcja z wyżywieniem, przelotem, między posiłkami przekąski w barach przy plaży, lody, kawa z pianką, lokalne alkohole ile się chce i ile da się przetrawić. U nas w kraju nie spędzi się wakacji w luksusowym hotelu z taką full opcją wyżywieniowo- alkoholową + atrakcje: baseny, cowieczorne show w amfiteatrze no i gwarantowana pogoda. ;) Dlatego warto zaoszczędzić w ciągu roku by wybrać się na taki urlop;) Zobaczcie kilka zdjęć;)
Wciąż poznaję ludzi, którzy wynoszą nauki wskazówki z życia Marysi i to jest bardzo budujące. Bo jaki sens miałaby śmierć, która nie pozwoliłaby zostawić żadnego śladu po człowieku. Chyba dlatego o to w tym wszystkim chodzi - żyć tak, by inni kroczyli naszymi śladami dochodząc dalej niż my…
Ps. Już wkrótce kończę ten syrop sosnowy - więc napiszę co wyszło;)
A wracając do tematu, właśnie wróciłam z urlopu. Tydzień z last minute w Egipcie. Wszystko byłoby fantastycznie, gdyby nie to, że każdego z mojej rodziny po kolei dopadła egipska przypadłość "zemsta Faraona" - czyli objawy chorobowe spowodowane nieprzystosowaniem organizmu do tamtejszej flory bakteryjnej. I ja z moją mamą przeleżałam jeden dzień plackiem w łóżku z okropnymi bólami mięśni, głowy gardła - wszystkiego. Egipskie specyfiki ( tamtejsze leki) pomogły, ale wycierpieć trzeba było. Moich synów i to w dniu wyjazdu dopadło także, ale z innej strony - biegunka i wymioty. Na lotnisku młodszy synek wymiotował dosłownie wszędzie - nawet do koszy na śmieć, bo w takim wypadku nie ma szansy by dobiec do WC, jeśli jest daleko. To był koszmar. I jeszcze jedno, mój mąż i ja wróciliśmy z bolącym uchem. Bez antybiotyku się nie obyło. To pierwszy nasz urlop z przejściami, ale i tak trzeba się cieszyć tym, że nie przechodzimy tego za każdym razem jak niektórzy. Polecam urlop za granicą. Murowana pogada, było 45 stopni w cieniu , 52 na słońcu. Nic tylko siedzieć cały dzień w basenach, a było ich sporo, fajne zjeżdżalnie, sztuczna fala, pontony, brodziki, cebula, dla każdego coś fajnego;) W opcji all inclusive ( już za ok 1500 zł od osoby) full opcja z wyżywieniem, przelotem, między posiłkami przekąski w barach przy plaży, lody, kawa z pianką, lokalne alkohole ile się chce i ile da się przetrawić. U nas w kraju nie spędzi się wakacji w luksusowym hotelu z taką full opcją wyżywieniowo- alkoholową + atrakcje: baseny, cowieczorne show w amfiteatrze no i gwarantowana pogoda. ;) Dlatego warto zaoszczędzić w ciągu roku by wybrać się na taki urlop;) Zobaczcie kilka zdjęć;)
Powyżej ja i mój starszy przystojny synek;)
Moi synkowie w basenie przyhotelowym
Babcia z Marcinkiem w sklepie z pamiątkami;)
Basen ze sztuczną falą
Przejażdzki w centrum deptaku w mieście na wielbłądzie;)
skoki do basenu
pontonowe zjeżdzalnie;) pojedyńcze lub dwuosobowe - super sprawa!
sobota, 16 maja 2015
co dla dziecka na Dzien Dziecka???? :)
Kochani, zastanawiacie się jaki prezent zrobić swojemu dziecku na Dzień Dziecka?
Otóż w Gdańsku jest największa w Polsce wystawa klocków lego. Trwać będzie do 21 czerwca. Mój synek właśnie zaliczył wystawę ze swoją ciocią. Z pewnością jest zachwycony tak jak chyba wszyscy zwiedzający. Jest nawet replika TITANICA 11 metrowa!
Link do wystawy:
http://www.wystawaklockow.pl/gdansk.php
Zobaczcie kilka zdjęć;)
Otóż w Gdańsku jest największa w Polsce wystawa klocków lego. Trwać będzie do 21 czerwca. Mój synek właśnie zaliczył wystawę ze swoją ciocią. Z pewnością jest zachwycony tak jak chyba wszyscy zwiedzający. Jest nawet replika TITANICA 11 metrowa!
Link do wystawy:
http://www.wystawaklockow.pl/gdansk.php
Zobaczcie kilka zdjęć;)
niedziela, 3 maja 2015
Wiem, wiem, dawno mnie tu nie było. 23 kwietnia minęła druga rocznica śmierci
Marysi. Miałam napisać elaborat o mojej tęsknocie i o tym, jak te dwa lata mineły
w mgnieniu oka. Jednak nie mogłam się za to zabrać. Odkąd Marysia odeszła nie
ma dnia ( naprawdę - to niebywałe, ale nie ma takiego dnia, abym o niej nie
myślała). Nie przypuszczałam, że miłość może trwać i trwać, a pamięć i
wspomnienia są obecne i tak naturalne jak codzienne mycie zebów. Często nie
pamiętam co wczoraj jadłam na obiad, ale o niej nigdy nie zapominam. Wciąż w
głowie przewijają się obrazy i dźwięki. Łzy wciąż ciekną po policzkach a serce
przebija sztylet tęsknoty.
Chciałam tak wiele powiedzieć, ale ból jest zbyt duży, nawet wtedy, kiedy
rozumiem, czuję i wiem, że tam gdzie jest, jest jej lepiej. Marysia wciąż się ze mną
komunikuje. Czuję że jest. To mnie pociesza i nadaje sens. Pamiętam, że jak
umarła, miałam takie dziwne przeświadczenie, że ona jeszcze do mnie wróci. Jej
dusza, w jakiś sposób, może wcieli się w ciało nowego dziecka, może wnuka, a
może wyśle do mnie duszyczkę, w której oczach zobaczę Marysie. Nie wiem skąd
przyszły mi do głowy takie myśli, ale po prostu przyszły i wciąż są obecne. Wciąż
na nią czekam. Czekam na to, czego razem nie mogłyśmy robić, chodzić za rączkę,
wariować, turlać po łóżku, skakać, chodzić do sklepu i kupić lizaka, przymierzyć
buciki, w których zatańczy i porozmawiać choćby o tym, co lubi co jej smakuje, a
co nie. Takie przyziemne sprawy, które były dla nas nieosiągalne.
Kiedy Marysia odeszła, czułam bunt i nie chciałam nawet myśleć o żadnych
dzieciach. Patrzenie na młode matki z małymi dziećmi sprawiało mi ogromny ból.
Od jakiegoś czasu jest inaczej. Rok temu pojawiło się pierwsze pragnienie bycia znowu matką. To pragnienie było analizowane bardzo dogłębnie jak trudne równanie z fizyki kwantowej, by upewnić się, czy jest ono prawdziwe. Dzisiaj nie mam wątpliwości. Jest najprawdziwsze na świecie. Pranienie rośnie a moje myśl krażą wokół ciąży. Niby nic takiego, ale graniczy to z cudem. Mój mąż bardzo się boi i nie chce ryzykować. Rozumiem go, bo też czułam ten strach.A co jeśli….
Jednak dzisiaj wiem, i czuję głęboko w sercu, że gdyby w naszym życiu pojawiło się jeszcze dziecko, byłoby zdrowe. Zupełnie zdrowe. Czuję to sercem i modlę się o to każdego dnia. Wierzę w opatrzność Boską i pokładam w Bogu moje pragnienie. Jeśli Bóg uzna, że powinnam byc jeszcze matką- zatroszczy się o to. Nie wiem, jak to się stanie, bo wbrew pozorom wcale nie tak łatwo zajść w ciążę przypadkowo. Jesteśmy dorośli i dojrzali oraz świadomi wielu rzeczy. Stąd ta przesadzona ostrożność. Ale ufam. Mąż zna moje pragnienie. Ale chyba nie ma pojęcia o jego sile. Ja ufam i wierzę. To napawa mnie radością i wytrwałym wyczekiwaniem.
Wierzę i czekam….
Majówkę spędziliśmy nad morzem. Spacery, podziwianie przepięknych wiosennych kwiatów, i ten wspaniały zapach budzącego się do życia lasu. Śpiew ptaków i bogactwo kolorów. Oczywiście udało mi się w tym roku zebrać młode pędy sosny w lesie i będe przygotowwywac wspaiały syrop na kaszel i przeziębienie. Kiedyś taki miałam i jest naprawdę bardzo bardzo skuteczny!
Jak go zrobić napiszę może już jutro i przedstawię zdjęcia z przygotowań.
Tak jak co roku robię wspaniały syrop z mniszka lekarskiego - który całą zimę profilaktycznie podaję mojej rodzinie zamiast cukru do herbatki, tak w tym roku zrobię ten wspaniały dar i cud natury. Jego zbawienne działanie odczuwane jest niemal natychmiast. :)
A teraz kilka zdjęć z naszej majówki:))
To też była majówka, na dwa miesiące przed narodzinami Marysi...
A to wczorajsza majówka… 7 lat później.
A to rzucone z noża płatki czosnku, które niechlujnie ułożyły się w dobrze mi znane serduszko;) Choć byłam zaabsorbowana kolacją, nie sposób było tego nie zauważyć;))) Dziękuję Marysiu!
![]() |
| Dodaj napis |
niedziela, 12 kwietnia 2015
To już druga rocznica...
Tak za 11 dni minie druga rocznica śmierci Marysi. Miałaby już teraz prawie 7 lat. Wciąż pozostanie moim maleństwem, noszącym pampersy, i mimo 4,5 lat ( jak ostatnio ją tuliłam i widziałam) w sukience na 92 cm. Teraz odwiedzam jej metr kwadratowy na cmentarzu, całuję zdjęcie i zastanawiam się gdzie ona jest? Nie chcę myśleć, że jest tuż pode mną, metr pod moimi stopami, tak blisko i jednocześnie dzieli nas otchłań. Nie ma dnia bez myśli o niej, bez łzy kręcącej się w oku, bez próby przypomnienia sobie jej zapachu , brzmienia uśmiechu, który słyszałam zaledwie dwa razy, pamiętam jedwab jej włosów i miękkość delikatnej skóry.
W domu zostało kilka pamiątek. Fotografie, kocyk, odcisk jej dłoni w masie solnej no i gipsowy kozaczek, który w wieku noworodkowym założono jej w Poznaniu w klinice ortopedii w celu leczenia wady wrodzonej stopy. Resztę rzeczy oddałam siostrom zakonnym, prowadzącym dom porzuconych przez rodziców niepełnosprawnych dzieci. W tym domu dzięki wózkom, ubrankom, zabawkom - część Marysi jest tam obecna i mam nadzieję pomocna.
Taki żal ogarnia serce matki, która musiała pożegnać własne dziecko. Nie prawdą jest, że czas leczy rany, bo takiej nie da się po prostu wyleczyć. Nic i nikt nie zmieni straty i nie przywróci życia. Tylko wspomnienia są śladem po istnieniu człowieka. Widuję nowe wpisy na facebooku z czarną kokardką, znowu ktoś pożegnał własne dziecko. Ktoś na to spojrzy, wstrząśnie nim przez chwilę i idzie dalej. A serce matki krwawi nieustannie. To rana, z której sączy się rozpacz do końca dni. I pozostaje tylko nadzieja, że jest drugi świat, lepszy, niewidzialny i że wszystko ma sens, i że każda decyzja Boga jest doskonała. Tak trudno to zaakceptować, ale wydaje się jedynym rozsądnym rozwiązaniem. Wiem, że kiedyś, gdy moja dusza opuści ciało, Marysia będzie gdzieś blisko i będzie czekać z uśmiechem na ustach i wyciągniętą rączką na moje powitanie. Wiem, że ona ma czas i jest cierpliwa. Wiem, że jest blisko, dzięki sile miłości, która nigdy nie gaśnie, nie wypala się. I tak jak sącząca się gorycz po stracie, tak tętniąca miłość idą razem w parze. Czasem wygrywa miłość, a czasem góruje żal i rozpacz. Jak w przyrodzie, raz deszczowe łzy raz słoneczny uśmiech.
Tak trudno jest prowadzić bloga, bo mijają już dwa lata, odkąd nie ma blogowej bohaterki. Mija dzień za dniem, a wspomnienie duszy utkwiło w jednym punkcie, wzrok zatrzymał się na śpiących powiekach, zimnej skórze, śnieżno-białej sukience, zaplecionych warkoczach i kilku różowych goździkach zaciśniętych w maleńkiej dłoni.
przed przyjściem Marysi na świat
pożegnanie Marysi...
wciąż napataczające się na mnie serduszka ( buraczek wypadł z miseczki)
rozlana kropla wody na blacie
ukrojona kromka chleba...
dzisiaj…
środa, 25 marca 2015
Refleksje...
Wybrałam się w poniedziałek z mamą do kina na zaległe wyjście, które miałyśmy zrealizować na Dzień Kobiet;) na film "Bóg nie umarł". Film opowiada o studencie, który podążając za swoją wiarą i odczuciami serca musiał udowodnić przed całą grupą studentów, a w zasadzie przekonać ich, a przede wszystkim przekonać profesora ateistę, że Bóg istnieje. Wydawało się, ze chłopak jest z góry skazany na niepowodzenie, jednak wątki, które toczą się jednocześnie w filmie, zawracają bieg wydarzeń. Warto obejrzeć ten film. Spłakałam się, ale ze mnie jest już taka beksa;)
Najbardziej podobał mi się zwrot, że "Bez doświadczenia cierpienia, nie jesteśmy w stanie zrozumieć szczęścia"
Coś w tym jest, bo to jedyne logiczne wytłumaczenie wobec tego, co nas w życiu spotyka;) Każdy, ale to absolutnie każdy ma swój krzyż. Jedni ogromny, ciężki zbity z pokaźnych bali, inni z gałązek bukowych, a jeszcze inni ze sklejki. Nie ważne kto jaki ma krzyż. Każdy dostaje taki, na jaki jego dusza decyduje się wcielając w ciało ludzkie i jaki będzie w stanie udźwignąć oraz taki, który jest jej potrzebny do duchowego wzrostu. Tego jestem absolutnie pewna, ponieważ moje życie było przeciętne, rzekłabym normalne, jak wiele innych żyć i nagle pojawienie się Marysi wstrząsnęło absolutnie wszystkim. To było coś, na co nigdy nie byłam gotowa i czego nie życzy się nawet najgorszemu wrogowi. Blisko 5 lat walki, nadziei, wiary, zwątpienia, rozpaczy, radości z drobnych sukcesów, i potem znowu niemocy, depresji, przeplatanej pragnieniem i nadzieją, ze będzie lepiej. Potem przyszedł czas najważniejszy - czas akceptacji zaistniałego stanu rzeczy. Akceptacji tego, że mam nieuleczalnie chore dziecko, które jest dla mnie całym światem. Ten moment pamiętam jak żaden inny. Marysia leżała jak zwykle na zielonej sofie w salonie skierowana twarzyczką w stronę pokoju, tak by widziała wszystko , co dzieje się wokół niej. Dzień był pogodny, a promienie słońca nieśmiale wkradały się do pokoju przebijając zielone kółka firanek. Wtedy też jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki dosłownie w jednej sekundzie zrozumiałam coś bardzo ważnego. Zrozumiałam, że kocham tę istotkę najbardziej na świecie,tak mocno, aż trudno objąć to rozumem, tak, jak nigdy wcześniej nie umiałam kochać nikogo i niczego na świecie, choć myślałam że potrafię kochać jak szalona. Szaloną miłość poznałam dopiero przy Marysi. Zrozumiałam, że wcale nie potrzebuję by ona była inna, by chodziła, mówiła, sama jadła, umiała się podrapać, czy chwycić zabawkę. Zrozumiałam, że moja miłość do niej jest tak silna, że przeszła kres samej siebie i nie można kochać już bardziej. Zrozumiałam, że gdyby nagle cudownie wyzdrowiała - nie byłaby już tym samym dzieckiem, które znam i kocham bez względu na wszystko. Zrozumiałam że dostałam ją w darze, by nauczyć się kochać prawdziwie - jak Bóg, bezwarunkowo , nie stawiając żadnych warunków, nie mając żadnych oczekiwań. Kochać, za to że jest, nawet jeśli jest dalece niedoskonała. Dla mnie była wszystkim - boską doskonałością. Dlatego dziękuję Bogu za jej dar. Moje serce wciąż płonie nieprzebraną miłością, choć nie ma jej fizycznie przy mnie prawie 2 lata. Jestem pewna, że Bóg istnieje i jest dobry, zawsze. Nawet, jeśli przez jakiś moment życia wydaje nam się, że jest inaczej.
Dziękuję...
Najbardziej podobał mi się zwrot, że "Bez doświadczenia cierpienia, nie jesteśmy w stanie zrozumieć szczęścia"
Coś w tym jest, bo to jedyne logiczne wytłumaczenie wobec tego, co nas w życiu spotyka;) Każdy, ale to absolutnie każdy ma swój krzyż. Jedni ogromny, ciężki zbity z pokaźnych bali, inni z gałązek bukowych, a jeszcze inni ze sklejki. Nie ważne kto jaki ma krzyż. Każdy dostaje taki, na jaki jego dusza decyduje się wcielając w ciało ludzkie i jaki będzie w stanie udźwignąć oraz taki, który jest jej potrzebny do duchowego wzrostu. Tego jestem absolutnie pewna, ponieważ moje życie było przeciętne, rzekłabym normalne, jak wiele innych żyć i nagle pojawienie się Marysi wstrząsnęło absolutnie wszystkim. To było coś, na co nigdy nie byłam gotowa i czego nie życzy się nawet najgorszemu wrogowi. Blisko 5 lat walki, nadziei, wiary, zwątpienia, rozpaczy, radości z drobnych sukcesów, i potem znowu niemocy, depresji, przeplatanej pragnieniem i nadzieją, ze będzie lepiej. Potem przyszedł czas najważniejszy - czas akceptacji zaistniałego stanu rzeczy. Akceptacji tego, że mam nieuleczalnie chore dziecko, które jest dla mnie całym światem. Ten moment pamiętam jak żaden inny. Marysia leżała jak zwykle na zielonej sofie w salonie skierowana twarzyczką w stronę pokoju, tak by widziała wszystko , co dzieje się wokół niej. Dzień był pogodny, a promienie słońca nieśmiale wkradały się do pokoju przebijając zielone kółka firanek. Wtedy też jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki dosłownie w jednej sekundzie zrozumiałam coś bardzo ważnego. Zrozumiałam, że kocham tę istotkę najbardziej na świecie,tak mocno, aż trudno objąć to rozumem, tak, jak nigdy wcześniej nie umiałam kochać nikogo i niczego na świecie, choć myślałam że potrafię kochać jak szalona. Szaloną miłość poznałam dopiero przy Marysi. Zrozumiałam, że wcale nie potrzebuję by ona była inna, by chodziła, mówiła, sama jadła, umiała się podrapać, czy chwycić zabawkę. Zrozumiałam, że moja miłość do niej jest tak silna, że przeszła kres samej siebie i nie można kochać już bardziej. Zrozumiałam, że gdyby nagle cudownie wyzdrowiała - nie byłaby już tym samym dzieckiem, które znam i kocham bez względu na wszystko. Zrozumiałam że dostałam ją w darze, by nauczyć się kochać prawdziwie - jak Bóg, bezwarunkowo , nie stawiając żadnych warunków, nie mając żadnych oczekiwań. Kochać, za to że jest, nawet jeśli jest dalece niedoskonała. Dla mnie była wszystkim - boską doskonałością. Dlatego dziękuję Bogu za jej dar. Moje serce wciąż płonie nieprzebraną miłością, choć nie ma jej fizycznie przy mnie prawie 2 lata. Jestem pewna, że Bóg istnieje i jest dobry, zawsze. Nawet, jeśli przez jakiś moment życia wydaje nam się, że jest inaczej.
Dziękuję...
Subskrybuj:
Posty (Atom)
















