wtorek, 29 listopada 2016

Craniosynestoza, zwana potocznie cranio

"To trzeba mieć pecha" - powiedział nasz pediatra, kiedy wpadłam do gabinetu po kolejne skierowania na badania zlecone przez neurochirurga z Katowic. Prawda? - odrzekałam ...
Doktor powiedział, że ta ciąża w efekcie której urodził się Mareczek - była samolubna - może ma trochę racji, ale ja świadomie modliłam się o to dziecko. Po stracie Marysi przez 1,5 roku rozmyślała i codziennie prosiłam Najwyższego i duszyczkę mojej córeczki by wyprosiła w niebiosach dla nas zdrowe dziecko, bardzo tego pragnęłam. Prosiłam pana o to , że jeśli jest mi dane mieć zdrowe dziecko - to jestem gotowa na jego poczęcie. Mareczek jest wymodlony i wierzę, że da nam dużo dużo szczęścia i radości pomimo stresu, z którym teraz się zmagamy.
Synuś za kilka dni kończy już 7 miesięcy. Niesamowite jak to zleciało. Kiedy się urodził, od razu spojrzałam na jego głowę - uf, jest dobrze powiedziałam na sali porodowej do męża- ma większą mózgoczaszkę od twarzoczaszki. W przypadku Marysi tak nie było, miała zdiagnozowane małogłowie - więc mózg nie rósł i szwy czaszkowe zarastały się przedwcześnie. Z Mareczkiem było odwrotnie. Ale od początku. Kiedy go przytuliłam, czułam moc endorfin i niedowierzanie, ogromną radość, że idę na salę poporodową ze zdrowym dzieckiem jak inne matki, byłam z tego dumna, tak dumna, bo doceniałam to, co właśnie się wydarzyło. Nie straszne mi było nocne wstawanie, prawie brak snu, cieszyłam się, bo mój upragniony synek był już ze mną;) Dwa miesiące przez porodem mieliśmy wiele obaw, bo dostałam przedwczesnych skurczy, w związku z czym musiałam przeleżeć plackiem 2 miesiące - wstawałam tylko do toalety i była to dla mnie największa kara - biorąc po d uwagę mój temperament i nawet to że kawę piję na stojąco , bo ciągle mam coś do zrobienia;) Dostawałam zastrzyki Dexawen na rozwój płuc płodu i też się miartwiłam aby nie było skutków ubocznych. Gdy Mareczek w końcu przyszedł na świat - emocje eksplodowały;)))) Od razu jednak rzuciło mi się w oczy zgrubienie - jakby wałeczek biegnący od noska wzdłuż czoła do ciemiączka - ale to pewnie naszłe na siebie kości czaszki powodowane przeciskaniem przez kanał rodny - pomyślałam- z czasem się rozejdzie. Czas mijał, a owe wyczuwalne zgrubienie jak było tak było. Postanowiliśmy zasięgnąć opinii najlepszych 4 pediatrów w naszym mieście, i o dziwo - każdy nas uspokajał, mówiąc że to taka uroda, że się rozejdzie, że potrzebny jest czas, że nie ma się czym martwić, Nawet neurolog nic nie podejrzewał. Jednak intuicja matki jest silniejsza niż nauka i medycyna razem wzięte. Zaczęłam drążyć , napisałam do mojej przyjaciółki  z USA i ona wysnuła niestety trafne podejrzenie. Jej koleżanka ma synka z podobnym zaostrzonym czołem i dziecko przeszło w Stanach skomplikowaną operację. Iza przesłała mi trochę informacji i zasugerowała, by skonsultować to z neurochirurgiem. Kiedy przejrzałam przesłane przez nią materiały , zdjęcia i linki do podobnych diagnoz - nie miałam wątpliwości że to jest właśnie to. Przez moment znowu świat się nam zawalił. Przecież miał być zdrowy! Miałam wyrzuty sumienia, a mój mąż strasznie się wściekł i widziałam w nim ogromny żal do losu i niemoc. Tę którą tak dobrze znam z czasów, gdy zmagaliśmy się ze straszną chorobą Marysi. Zaczęłam szukać w necie informacji o najlepszych neurochirurgach dziecięcych w Polsce. Neurolog  z Gdańska która leczyła Marysię z epilepsji zasugerowała Szczecin. Tam dotarłam do jednego z lekarzy, jednak pomimo umawianych spotkań, coś ciągle było nie tak i nasze potkanie nie mogło dojść do skutku przez najbliższe 3 miesiące. Postanowiłam poszukać dalej i tak trafiłam na fb na grupę mam dzieci z kraniosynestozą. Po zasięgnięciu informacji i wymianie spostrzeżeń, szybko doszłam do wniosku , że jedziemy na konsultację do Katowic. Pomimo iż dzieli nas odległość całej Polski, nie stanowiło to problemu. No cóż wyjazd pociągnął trochę grosza, 1100 zł to koszt wizyty ( w tym USG i konsultacja neurofizjoterapeutki) oraz koszt paliwa. Na spotkaniu z profesorem dowiedzieliśmy się jednej ważnej rzeczy - nasz synek ma craniostenozę czołową. I konieczna będzie operacja. Doktor dokładnie objaśnił na czym będzie ona polegać i że wykonuje sie ją w 12- 13 miesiącu życia dziecka. Wysłuchaliśmy tego uważnie i dobrze że siedzieliśmy na krzesłach, bo przez moment zrobiło mi się słabo. To poważniejsze niż się wydaje i nie jest to żadna plasyka czaszki - powiedział profesor. Operacja polega na oskalpowaniu skóry, przecięciu czaszki - wyjęicu kości czołowej i drugiej kości biegnącej nad łukiem brwiowym i noskiem , pocięcie je na kawałki poza ciałem dziecka, zamontowaniu elastycznych blaszek i ponownemu umieszczeniu na głowie dziecka , zaszyciu. Operacji towarzyszy duża utrata krwi, dlatego dziecko przed operacją musi byc całkowicie zdrowe, bo traci odporność. Ważne też, by utrzymać karmienie piersią - powiedział profesor. Pocieszające w tym wszystkim jest to, że dzieci z cranio mają spore szanse na zupełnie normalne życie i rozwój i dosyć szybko dochodzą do siebie po operacji. Trzeba przez ok 3 miesiące bardzo uważać, by dziecko nie przewróciło się, nie uderzyło gdzieś głową. Dlaczego o tym wszystkim piszę? bo choć jeszcze wszystko przed nami, przez te pół roku już sporo przeszliśmy i wiem, że wciąż rodzą się dzieci, których rodzice podświadomie czują ze coś jest nie tak. Może ten post w jakiś sposób pomoże komuś kto na niego przypadkiem trafi. Każdy rodzic zmagający się z jakimś problemem u swojego dziecka szuka informacji i chętnie słucha doświadczeń innych rodziców, my też szukaliśmy. Ponieważ jestem bardzo dociekliwa, znalazłam na youtubie film zamieszczony przez rodziców dziewczynki z cranio czołowym - pokazujący w skrócie przebieg operacji. Ostrzegam, że materiał jest drastyczny, krwawy i nie powinni go oglądać osoby ze słabymi nerwami. Zamieszczam link, bo może rodzice dzieci z podobnym problemem będą chcieli zobaczyć jak będzie wyglądała operacja. Jestem w szoku, ale wygląda to dokładnie tak, jak opisał nam to profesor. Wiem, że ten czas będzie najgorszy i bardzo chciałabym mieć już to za sobą. Ale wierzę, że nasza Marysia będzie się z nieba opiekowała braciszkiem i nami i że damy radę. Podświadomie czuję, że to dziecko z jakiegoś nieznanego mi jeszcze powodu da nam jeszcze dużo szczęścia i przepięknych chwil radości , miłości i dziękczynienia.

link do filmu z operacją - drastyczne sceny!

https://www.youtube.com/watch?v=w7UGxr91XlI


nasz Mareczek:)


wtorek, 4 października 2016

:)

Wiem kochani, że wielu z Was czeka na to co u nas;)?
Otóż niewiele więcej, ponieważ dopiero za miesiąc mamy umówioną prywatną wizytę - jednak w Katowicach u dr Larysza. Naczytałam się w necie - rozmiawiałam z wieloma mamami , które mają dzieci z cranistenozą i ich dzieci są juz po operacjach, że faktycznie profesor Larysz jest jednym z najlepszych specjalistów w Polsce od diagnozowania i operowania czaszek dzieci. Dlatego postanowiłam, ze pojedziemy właśnie do niego. Mamy do przejechania absolutnie całą Polskę, ale to nie stoi na przeszkodzie, bo kiedy z Marysią szukałam ratunku, zabrałam ją nawet do Ameryki południowej - do Brazylii. A tu w końcu tylko Polska. Bardziej obawiam się tego co powie nam doktor, wciąż łudzę się i mam nadzieję, że powie, operacja nie będzie konieczna;) ale cóż - zobaczymy. Na razie żyjemy normalnie,mały dobrze się rozwija i upajam się macierzyństwem, chociaż nawet nocą wstaję 6 razy. Mały kocha jeść i tylko pierś go uspokaja i zapewnia poczucie bezpieczeństwa.  Dam znać po 10 listopada jak wrócimy z konsultacji. Tym czasem dziękuję Bogu za Mareczka - jest cudny;)


środa, 7 września 2016

Wciąż wielka niewiadoma

Witajcie:) Zapewne wielu z was czeka na wieści i na to co z Mareczkiem. Otóż na razie nie wiem nic więcej. Pod koniec września mamy wizytę w Szczecinie u neurochirurga, który obejrzy dziecko oraz zlecony rtg czaszki i postawi diagnozę. Doktor kazał nam żyć normalnie - co staramy się robić. Na szczęście Mareczek rozwija się prawidłowo;) Jest zdrowym, silnym chłopcem, ciągnie głowę i najchętniej by siedział a dopiero skończył 4 miesiące;) Ślicznie sie uśmiecha, bawi rączkami, wkłada piąstki do buzi, próbuje łapać zabawki, lubi bajki;) Wciąż czekamy na jego nowe postępy w rozwoju, to takie cudowne! Bardzo długo na to czekałam mając Marysię, i przez wiele lat nie było postępów, a tu takie tempo! Wspaniale. W dodatku jest małym "terrorystą" lubi ręce i stanowczo się ich domaga - potrafi krzyczeć, że sąsiedzi dokładnie go słyszą;) No cóż, takie uroki macierzyństwa. Z doświadczenia wiem, że lepiej nie przespać nocy i nawet ponosić dziecko które dosłownie się drze - niż wiecznie oczekiwać na głośny płacz lub jedno słowo dziecka, które nie jest w stanie tego dokonać - a tak było z Marysią. Brat za to skutecznie ją zastąpił, bo dokazuje oj dokazuje.... Poza tym,
Wciąż  nie możemy wyleczyć liszajów - skazy na policzkach - stosowałam już chyba wszystkie maści dostępne na rynku i zalecane na atopowe zapalenie skóry, ale bezskutecznie, Raz jest trochę lepiej, a za kilka dni - znowu wykwity. Musiałabym chyba zrezygnować totalnie z mleka i jego przetworów - a to główne moje pożywienie, poza tym jestem tego zdnaia, że skoro mój organizm się czegoś domaga - np twarogu tzn że potrzebuje tego budulca, więc bezsensem jest odstawiać potrzebne składniki odżywcze. No cóż, teraz odliczam dni w kalendarzu by zrobić niezbędne badania i wybrac się na konsultacje neurochirurgiczną. Jego kształt czoła nie pozostawia mi złudzeń, ale wciąż liczę na to, że może jednak operacja nie będzie niezbędna ... - zobaczymy. Musę kończyć, bo mały strasznie płacze, do usłyszonka.

środa, 17 sierpnia 2016

Jestem....

Witajcie....
Nie było mnie już dawno, ale macierzyństwo pochłonęło mnie całkowicie w tym pozytywnym znaczeniu i w tym oblanym strachem. Synek - mój kochany Mareczek ma się dobrze, rozwija się prawidłowo-  czego bardzo bardzo się cieszę. Dostrzegam każdy nawet najmniejszy postęp, naprawdę przy pierwszym dziecku - gdy rodzi się zdrowe rodzic nie zwraca na to uwagi, że np dziecko bierze rączkę do buzi, potem próbuje chwytać - kiedy to i jak robi... To wydaje się takie oczywiste, ale kiedy ma się te złe doświadczenia - jak u nas chora Marysia i jej prawie 5 letnia walka o zdrowie i życie, która zakończyła się odejściem , uczy pokory przez duże P i dostrzegania luk między wierszami.... Teraz mamy naszego synka, wymodlonego przez 1,5 roku, kochanego. Jednak życie wciąż nas doświadcza, bo szczęście przeplata się ze strachem każdego dnia. Synek urodził się o czasie, poród wspaniały prawdziwy szybki, bolesny ale to normalne, bez komplikacji, jednak na czole małego było widoczne zgrubienie biegnące wzdłuż czoła od noska do ciemiączka. Myślałam że naszły na siebie szwy czaszkowe i że się to rozejdzie w miarę wzrostu głowy. Niestety czas leciał , minęły 2-3 tygodnie, kiedy główka noworodków wraca do normalnego kształtu  - a u nas nic się nie zmieniło. Dzisiaj Mareczek ma 3,5 miesiąca a zgrubienie nadal jest. Główka przyrasta wolniej niż normalnie a gdy patrzy się na nią z góry - ma kształt łódki, wyraźnie zwęża się w stronę czoła. Znalazłam dobrego lekarza ze Szczecina, prof Licendorfa i rozmawiałam z nim na razie telefoniecznie. Wysłałam zdjecia Mareczka i stwierdził, że szew czołowy jest ewidentnie zrośnięty. Jest podejrzenie choroby zwanej Craniostenoza - przedwczesne zarastanie szwów czaszkowych - co powoduje ciasnotę, wzrost ciśnienia wewnątrz mózgowego i czasem problem z rozwojem. Jednak w niektórych przypadkach nie jest nawet potrzebna operacja. Nie wiem jak będzie  u nas - bo to musi ocenić neurochirurg, trzeba zrobić tomograf głowy lub rezonans i inne szczegółowe badania by to ocenić. Operacja jest bardzo inwazyjna, bo polega na zdjęciu skóry z czoła, i pocięciu czaszki na kawałki by potem ją wymodelować i nadać prawidłowy kształt, by rosnący mózg mógł ją prawidłowo wypełnić. Strasznie się tego boję, choć wiem, że po przejściach z Marysią podźwignę wszystko, jednak zdecydowanie wolę poświęcać czas na zdrowe i radosne macierzyństwo, niż spędzać czas w szpitalach  w poszukiwaniu lekarzy i pomocy. Nie pisałam bo miałam gorsze nie, tygodnie, wiele łez się przelało, ale wiem, że wciąż są moi blogowi przyjaciele, którzy wspierali mnie cały czas, gdy odchodziła Marysia i są ze mną do dzisiaj.Dlatego postanowiłam, że jestem wam to winna, by podzielić się swoimi myślami. Znowu wypada mi prosić was o modlitwę za Mareczka. Kocham go z całego serca i niemal płaczę z radości za każdym razem gdy dostrzegę kolejny postępik w jego rozwoju;)




poniedziałek, 6 czerwca 2016

Emolienty dla niemowląt

Każdy rodzic zastanawia się w czym wykąpać maleństwo lub jaka maść pośladkowa będzie najlepsza? Na rynku jest cała masa prześcigających się firm oferujących przeróżne kosmetyki dla niemowląt. Ja odkryłam nowość Allerco - o wspaniałym składzie przystosowanym dla dzieci od 1 dnia życia. Produkt jest bezpieczny i delikatny. Emulsja do kąpieli łagodna, kremowa o delikatnym zapachu a krem przeciw odparzeniom tworzy delikatny film na skórze i chroni pupę maleństwa. Dopiero zaczęłam do stosować od kilku dni a już jest lepiej:) Polecam do wypróbowania, na zdarciach możecie przeczytać skład i właściwości dla osób zainteresowanych.




poniedziałek, 30 maja 2016

Wzloty i upadku macierzyństwa;)

Wiem, że bardzo dużo osób jest wiernymi czytelnikami mojego bloga, a przecież właśnie minęły 3 lata, odkąd Marysia - główna bohaterka tego bloga odeszła... Miałam w ogóle przerwać dodawanie wpisów, ale wiem, ze ten blog jest jedyną drogą komunikacji i przekazu informacji dla moich stałych czytelników. Dlatego postanowiłam, że będę pisać, ale rzadko, dlatego że miał to być blog Marysi, a wpisując różne inne aktualności, jego przesłanie przestaje istnieć. Od dnia 2 maja jestem ponownie mamą. Szczęśliwą;) Modliłam się o to dziecko - o jego poczęcie 1,5 roku. I mam cudownego synka. Mam nadzieję, że będzie rozwijąl się prawidłowo i da nam to, czego nigdy nie mogliśmy oczekiwać od Marysi - słowo , mama, świadomy uśmiech, chwytanie w rączki, podnoszenie główki, raczkowanie, siedzenie, gryzienie i chodzenie i takie tam niby zwykłe czynności, które przyprawiają o łzy w oczach rodziców, którzy całe lata czekają choćby na jeden taki gest. Marysi już nie ma, ale wiem, że modlitwa do niej o zdrowe dziecko przyniosła efekt i za jej wstawiennictwem mam dzisiaj Mareczka. Jak to u nas rodzinnie wszyscy sa na Mar... Mariusz, Marcin, była Marysia i jest Marek.
:)) Macierzynstwo to piękny choć trudny czas. Nic nie jest już tak jak dawniej, nie możesz wyjść kiedy chcesz, nawet zjeść kiedy chcesz, tylko wtedy, gdy potrzeby dziecka zostaną najpierw zaspokojone. Karmię piersią i to jest najcudowniejsze uczucie dla matki -które chce się zatrzymać jak najdłużej, bo podczas karmienia ulatnia się nade mną feromon małego człowieczka, na piersi leży maleńka rączka a przy przełykaniu słychać rozkoszne postękiwania. Cudowny dar natury. Noce są trudniejsze, bo trzeba przyzwyczaić się do nie spania, ale daję radę;) Najgorsze jest to, że mały ma chyba niedojrzały układ pokarmowy, bo robi bardzo dużo kleksów, nawet nie kupek - tylko takie małe kleksy, które w kilka minut odparzają mu dupkę, i chociaż myję je woda i mydełkiem, odstawiłam chusteczki nawilżane, wietrzymy się non stop, używamy przeróżnych nowych smarowideł z nanocząsteczkami srebra na odparzenia, to okazuje się że najtańsze - np linomag , czy alantan - tłuste maści przynoszą najlepsze efekty. Miałam chwile załamania, kiedy dziennie było kleksów np 50 ( nie przesadzam z ilością) i paczka pamperów rozchodziła się w moment, dlatego zaczęłam podkładać delikatne chusteczki jednorazowe i po każdym kleksie na mokro przemywać pupcie i osuszać, dzięki czemu dziennie zużywam 20 pampersów, a nie 50. Juz zaczęłam odstawiać mleko - piję tylko te bez laktozy, ale sama nie wiem czy to jest przyczyną, bo kleksy nadal są, choć ilość jest troszkę mniejsza - może jakieś do 20-  30 dziennie. Może macie jakieś doświadcznia w tym zakresie, i podobne  przeżycia z noworodkowymi kupkami, to piszcie proszę - bedę rozważać każdą opinię i napiszę co poskutkowało;)
całuski od Marczka;)

czwartek, 12 maja 2016

Już jest;))))

1 maja - niedziela, tego dnia postanowiliśmy rozpocząć sezon i razem z rodzicami przygotowaliśmy pierwszego w tym roku grilla na świeżym powietrzu u nas na tarasie; ) Obiad był pyszny, dużo warzyw, grillowane cukinie, papryki, karkówka, boczek, kiełbaski, skrzydełka itp.
Siedzieliśmy na tarasie do wieczora, bo pogoda sprzyjała a wokół rozprzestrzeniał się cudowny zapach paleniska. Ja nadal z brzuchem, choć termin porodu miałam na 2 maja - od dłuższego czasu wyczekiwałam narodzin synka, bo już od lutego miałam częste skórcze, a tym samym zagrożoną ciąże. Przeleżałam plackiem te dwa miesiące, przez co kilka kg przytyłam więcej niż planowałam. Zależało mi także na tym, by mały podrósł, liczył się każdy dzień w brzuchu - więc trochę więcej jadłam. I zamiast do 12 kg przytyłam prawie 15. Jednak to już nie miało znaczenia, bo mały wytrwał, pomimo rozwarcia i zgładzonej szyjki, z którą chodziłam;) Ostatnie dni były ciężkie, brzuch znacząco mi się obniżył, malutki miał miało miejsca, więc zamiast mocnych kopniaków, czułam przeciąganie i rozciąganie, bo ewidentnie było mu po prostu ciasno. Chciałam już urodzić, bo 8 maja mieliśmy komunię młodszego synka i zostało niewiele czasu, a nie chciałam tak ważnej uroczystości mojego dziecka spędzić sama w szpitalu. Więc po kolacji zaczęłam chodzić po schodach, w górę w dół. Towarzyszyła mi mama, rozmawiałyśmy i wchodziłyśmy i schodziłyśmy - jeśli widzieli to sąsiedzi - to z pewnością wyglądało to co najmniej dziwnie;) Ja chodziłam, by przyśpieszyć poród, mama dla zdrowia i towarzystwa. Weszłyśmy chyba z 50 razy, z przerwami oczywiście. Dzień dobiegł końca, nastał wieczór. Wieczorem jeszcze razem obejrzeliśmy fajną komedię i już wtedy czułam ruchy główki dziecka, które powodowały przeszywające miednicę prądy. Czułam, że poród może nastąpić w ciągu dwóch - trzech najbliższych dni. Trochę się stresowałam bo właśnie konczyła się niedziela, a moja doktor powiedziała, że jeśli to poniedziałku nie urodzę - to mam się do niej zgłosić i będzie umawiać mnie do szpitala. Bałam się wywoływanego porodu, bo już to wcześniej przeszłam i pod wpływem dużych dawek oksytocyny, które aplikowano mi co drugi dzień 5 razy z rzędu - poród był bardzo bolesny( choć wtedy było to moje drugie dziecko). Dlatego bardzo chciałam, by wszystko zaczęło się naturalnie. Szczerze zastanawiałam się o której godzinie mały sie urodzi bo 3 moich dzieci - wszystkie - Mariusz, Marcina i Marysię urodziłam o tej samej godzinie 16.40. Domyślacie się jakie to było zdziwienie, gdy po porodzie położna mówi godzinę 16.40 przy drugim dziecku , a potem także przy trzecim - 16.40. Wiedziałam że jeśli i tym razem mały urodził by się o tej godzinie - to chyba mamy rekord ginesa. Gdy film się skończył, jak zwykle położyliśmy się spać. W nocy ok 2 obudził mnie silny ból - podobny do miesiączkowego. Poprzebierałam trochę nogami w łózko, a gdy ból minął zasnęłam.  O godzinie 3 w nocy ponowny skurcz i leżąc postękiwałam cicho, by nie obudzić męża, nagle poczułam że pode mną robi się mokro - odeszły mi wody płodowe. Wstałam i z sączącymi się wodami dotarłam do łazienki. Umyłam się, ale stękając trochę, bo ból się nasilał. Mój mąż się obudził i zapytał co się stało. Gdy powiedziałam, że odeszły mi wody, zerwał się z łóżka i powiedział - jedziemy!
Spokojnie powiedziałam. Powoli się ubrałam, zadzwoniliśmy do mamy przy przyszła do nas na górę w razie jak obudzi się Marcinek, aby się nie wystraszył, że nas nie ma. Minęło może ok poł godziny i wyruszyliśmy do szpitala. Po przyjeździe, położna mnie zbadała, powiedziała, że mam rozwarcie na 4 cm i zrobiła mi jeszcze badanie KTG, które trwało ok 35 minut, między czasie spisała wywiad;) a ja leżąc na ktg miałam już całkiem pokaźne skurcze i jedynie co chciałam, to wstać i móc pochodzić, bo pozycja leżąca wcale mi nie pomagała w łagodzeniu bólu, zaczęłam głęboko oddychać gdy trwał skurcz. Po skończonym KTG, znowu badanie i tym razem rozwarcie już na 8 cm. Od razu poszliśmy na salę porodową. Miałam jeszcze może z 10 silnych skurczy. Stałam przy przewijaku i kołysałam biodrami, cały czas oddychając i trochę stękając, bo ból był silny. Widziałam kątem oka męża, który był tak zestresowany, ze sam się wachlował i mówił, ze zaraz zemdleje - nie dlatego, że był ze mna przy porodzie - bo był wcześniej przy dzieciach, ale dlatego , że czekała nas niewiadoma, a po doświadczeniu z chorą Marysią, strach był potężny, czy wszystko pójdzie dobrze, czy mały urodzi się zdrowy i bez komplikacji. Gdy poczułam parcie ledwo zdążyłam na fotel - położna mówiła mi jak mam oddychać i kiedy przeć. Powiedziała mi tylko, nie przetrzymuj go. Więc wzięłam to sobie do serca. Jedno parcie i po chwili słyszę - główka już jest, jeszcze jedno parcie i po sekundzie miałam już małego na swoim brzuchu. Zerknęłam na niego , na jego główkę - czy nie ma małogłowia -wyglądał ślicznie i bardzo głośno płakał, z czego bardzo się cieszyłam, bo to oznaka zdrowego dziecka;) O godzinie 4.50 rano przyszedł na świat nasz cudowny zdrowy synek Mareczek;)))
To była wspaniała chwila móc trzymać już go w ramionach. To niesamowity cud narodzin, kiedy w jednej chwili człowieczek, który mieszkał w moim brzuchu, czułam jego ruchy, wiedziałam kiedy śpi i kiedy ma czkawkę, w jednej chwili jest już po drugiej strony przystawiony do piersi. To wspaniałe;)
Teraz pochłania mnie macierzyństwo, nie przesypiam nocy, bo mały jest na piersi, czasem ma wzdęcia, pobolewa go brzuszek to płacze, ale i tak jestem szczęśliwa. Dziękuję Marysi, do której modliłam się 1,5 roku aby wstawiła się u Boga z moim błaganiem o możliwość zostania ponownie matką zdrowego dziecka - i udało się po 1,5 roku codziennych modlitw, wiary, nadziei i zaufania - moje marzenie się spełniło;)
Oto nasz uroczy kochany syneczek:)