piątek, 5 lutego 2016

Piękny czas oczekiwania;)

Ach, jak ten czas leci, tak niedawno to było, gdy zrobiłam test na którym ujrzałam dwie tłuste różowe kreseczki - które oznaczały jedno - ciąża. Targały mną dwojakie emocje - nieopisane szczęście i strach, przed tym, co będzie, jak będzie, jak zareaguje mąż. Kiedyś powiedział, ze gdyby miał na 100% pewność, że dziecko będzie zdrowe, to może by się zdecydował, ale przecież nikt nigdy nikomu nie da takiej pewności. jego stanowisko było więc jednoznaczne:lepiej nie ryzykować, no ale stało się... ;) Jednak zanim to się stało, ponad półtora roku modliłam się o to, że jeśli jest mi dane jeszcze zostać matką zdrowego dziecka - to jestem otwarta i pragnę tego. Tak, trwało to dosyć długo, ale silne pragnienie zawsze się zmaterializuje - tak czy inaczej w takiej czy innej formie. I jest;)
Zaczął się 7 miesiąc oczekiwania. Tylko kobiety, które nosiły pod sercem dziecko znają to niesamowite uczucie , gdy czuje się ruchy dziecka, przyjemne kopniaki - są czasami są nawet bolesne;), oraz to, kiedy dziecko jeszcze w łonie matki ma np czkawkę. Uwielbiam ten stan, choć jest coraz ciężej, bo brzuch przeszkadza. Już wiem, jak czują się osoby otyłe - to okropne być "spowolnionym i ograniczonym" w wielu czynnościach. Ale wiem, że po ciąży wrócę do formy i znowu będzie lekko. Natomiast osoby ze znaczną otyłością borykają się z tym znacznie dłużej. Współczuję, naprawdę... Nie mniej jednak jestem szczęśliwa. Mam w sobie cudowne dziecko, które zostało zesłane z nieba bym mogła byc jego matką;) Jakaś duszyczka zdecydowała się wcielić w ciałko, które przechodzi różne transformacje, by ostatecznie przywitać nas na świecie;) Jak myślicie to ON, czy ONA?
Moich blogowych przyjaciół proszę o modlitwę dziękczynną za to dziecię z prośbą o to by urodziło się zdrowe i wszystko przebiegło prawidłowo.Tego najbardziej pragnę;)


czwartek, 28 stycznia 2016

Paskudny komar w Brazylii

Zapewne słyszeliście o wirusie, który roznosi komar w Brazylii i w innych krajach Ameryki południowej. Wstrząsnęła mnie ta wiadomość, bo w ostatnim czasie urodziło się tam kilka tysięcy dzieci z mikrocefalią, czyli małogłowiem - chorobą, którą dotknięta była moja Marysia.
To straszne, jak widziałam w wiadomościach kobietę (młodą Brazylijkę która trzymała na rękach małą córeczkę z małogłowiem -jestem w stanie rozpoznać to na odległość). Biedna kobieta - nie wie co ją czeka. Była uśmiechnięta, bo noworodek znacząco nie różni się od zdrowych dzieci, dopiero z czasem jego rozwój znacząco się zatrzymuje a nawet cofa. Strasznie mi szkoda tych matek, bo sama to przeszłam i pamiętam jak obsesyjnie codziennie mierzyłam główkę Marysi z nadzieją, że chociaż milimetr urosła. Straszne.... Będę się modlić za te kobiety, które są w ciąży, by uniknęły zarażenia, bo to może być dramatem nie tylko dla nich, dla ich dzieci, ale całych rodzin.
Media podają, że :

dopiero pod koniec ubiegłego roku zaczęto  szczególnie uważnie przyglądać się temu wirusowi, gdy okazało się, że w Brazylii lawinowo narasta liczba urodzeń dzieci z mikrocefalią (małogłowiem) – przez lata rodziło się ich 200 rocznie, a w 2015 r. takich noworodków było aż 3 tysiące. W całym kraju odnotowano również prawie 1,5 mln zakażeń wśród osób dorosłych, ukąszonych przez komary – z czym jednak można sobie dać radę, bo jak na razie nie jest to infekcja (poza noworodkami) śmiertelna.
Komary Aedes dobrze są znane w Ameryce, bo mogą przenosić znaną od dawna i częstą w tym regionie dengę. To również choroba wirusowa, której w tropikach można uniknąć, chroniąc się przed ukłuciami komarów. Denga występuje w ponad 100 krajach tropikalnych i stanowi obecnie najczęstszą infekcję wirusową przenoszoną przez owady na świecie, ale to Zika stała się dziś bohaterką i synonimem zła – z uwagi na poważne niebezpieczeństwo dla kobiet w ciąży oraz Brazylię, do której przyjeżdżają z całego świata tysiące turystów.
Na szczęście zatrzymują się oni z reguły w dużych miastach i na plażach, gdzie nawet wśród rdzennych Brazylijczyków nie ma na razie żadnej paniki. Zika to codzienny temat w mediach i rozmawia się o tym na ulicach Sao Paulo lub Rio de Janeiro, ale wszyscy mają świadomość, że ostrożni powinni być zwłaszcza mieszkańcy biedniejszych regionów tego kraju, położonych tam, gdzie komary Aedes są szczególnie aktywne.
Władze Brazylii namawiają kobiety do odłożenia planów macierzyńskich, ponieważ zarażenie Ziką jest szczególnie niebezpieczne w I trymestrze ciąży. Podobne zalecenie wydano również w sąsiadującej Kolumbii, pewnie dlatego, by przeczekać kilka miesięcy, aż służby sanitarne jakoś zapanują nad sytuacją.
Amerykańskie Centrum Zwalczania Chorób Zakaźnych zaleca zaś, aby w związku z epidemią kobiety w ciąży nie podróżowały do Ameryki Środkowej i Południowej (z wyjątkiem Argentyny i Chile, gdzie komarów Aedes ponoć się nie spotyka).
Do tego typu informacji trzeba podchodzić rozsądnie. Szczepionki przeciwko wirusowi Zika jeszcze nie ma, stąd władze wolą dmuchać na zimne, gdyby epidemia wymknęła się spod kontroli. Ale toczona od setek lat przez człowieka wojna z komarami – roznosicielami malarii, dengi czy teraz tej najnowszej zarazy – nie przyniosła jak na razie zwycięstwa. Do pewnych rzeczy trzeba się chyba lepiej przyzwyczaić.

Boże jak dobrze, że mieszkamy w innym klimacie atmosferycznym. Choć Brazylia jest piękna i przeżyłam tam niezwykłe chwile przeistoczenia, i chętnie kiedyś jeszcze odwiedziłabym to miejsce, ale zdecydowanie wolałabym pojechać tam z podziękowaniem za łaski niż z prośbami o zdrowie, to jednak teraz zdecydowanie wolę być na miejscu;)
Marysiu! opiekuj się z nieba wszystkimi dziećmi z mikrocefalią oraz ich rodzinami.

wtorek, 26 stycznia 2016

Szokujący powrót????

Witajcie kochani. NIe odzywałam się baaaarrrddzzzzooo dłuuuuugggoooo. Wiem, przepraszam wszystkich tych, którzy systematycznie odwiedzają mój blog. Ale zrobiłam to celowo. W zasadzie to zmieniło się niewiele i jednocześnie bardzo wiele. Wciąż dostaję serduszka od Marysi. :) Wiem, wiem, są tacy, którzy czekają na kolejne owe dowody komunikacji pozaziemskiej ale i tacy, którzy z tego drwią. NIe zamierzam nikogo przekonywać, ani tłumaczyć. Wiara to kwestia indywidualna i bardzo złożona. Blogowi przyjaciele, którzy są ze mną od początku, zapewne pamiętają moją przyjaciółkę Izabele z USA i naszą podróż do Brazylii. Otóż jest pewien "zbieg okoliczności", o którym opowiem za chwilę. Zacznę od początku. Po śmierci Marysi (  w kwietniu minie już 3 lata) nie chciałam więcej dzieci. Czułam ból i pustkę. Czuję to do dzisiaj, ale wiem jak bardzo cierpiała w swoim kalekim ciele i myśl o tym, że jest w miejscu szczęścia i miłości daje pewien sposób spokój ducha i ukojenie, bo zrozumienie potrafi rozświetlić cierpienie. Tym bardziej, że czuję ją i wiem, że znaki które dostaję są potwierdzeniem tego, że jest blisko i że jest szczęśliwa. Rok później wpadały do mojej głowy myśli o dziecku, i nawet pomimo strachu - wydawały się być przyjazne. Podczas pobytu w Brazylii w lutym 2014 roku rozmyślałam o dziecku - a może nawet w sensie o powrocie duszy Marysi w ciele naszego nowego zdrowego dziecka - myślałam konkretnie o dziewczynce. Podczas pobytu w Brazylii miałam nadzieję, że w jakiś sposób się z nią spotkam, nie wiedziałam jak, ale miałam nadzieję, że przyjdzie do mnie, że da mi wskazówki i odpowiedzi podczas głębokich nawet godzinnych medytacji, które odbywałam. Dostałam tylko odpowiedź, że Marysia nie przyjdzie do mnie, ale i tak powinnam iść do curent - sala medytacji w Casie - domu Jao, gdzie panują niewzykle wysokie wibracje setek medytujących w jednym czasie ludzi. Marysia jednak przyszła do Izy - która praktykuje wytrwale głęboką relaksację i ma naprawdę "otwarty umysł". Przyszła do niej z wizualizacją, której przekaz odebrałam w ten sposób, że teraz powinnam poświęcić czas młodszemu synkowi, a jeśli kiedyś zapragnę DZIECKA , podkreślam - dziecka - to tak się stanie.  Marysia powiedziała jeszcze jedno krótkie zdanie: "Wszystkie zmartwienia, rzeczy o których myślę - mam się nie martwić, bo wszystko układa się idealnie"
Ta wiadomość, choć krótka i nie w pełni taka, jaką chciałam usłyszeć - "czyli, tak będziesz miała zdrową córeczkę"  -  to i tak bardzo mnie wzruszyła i uświadomiła, że właśnie tak powinnam zrobić. Przede wszystkim zaufać Bogu i jej słowom. Faktycznie ten czas poświęcaliśmy głównie synkowi, który potrzebował naszego, głównie mojego wsparcia i obecności w takim stopniu, jak poświęcałam się non stop Marysi. Między czasie wciąż myślałam o dziecku i o tym, co powiedziała Marysia. Minął kolejny roki znowu luty 2015 r już bez żadnych wątpliwości byłam gotowa na dziecko. Bez względu czy bedzie to chłopiec, czy dziewczynka - pragnęłam z całego serca dziecka. Każdego dnia modliłam się do Boga i do Marysi o pomoc- prosząc o to, że jeśli jest mi dane zostać matką i będę mogła cieszyć się zdrowym dzieckiem, to jestem otwarta i pragnę tego najbardziej na świecie. Modlitwy trwały blisko rok i pewnego dnia poczułam, żę jest mi to dane. Nie wiedziałam kiedy to się stanie, ale czułam, że tak może się stać. Wizualizowałam moment zapłodnienia, jak robię test i pojawiają sie dwie kreseczki. Próbowałam wywoływać w sobie to uczucie szcześcia i dziękczynienia, bo wiem, że dzięki takim praktykom dziękczynnym nasze modlitwy zostają wysłuchane i szybciej materializuje się niematerialne. I pewnego sierpniowego dnia   moje pragnienie stało się rzeczywistością. ;) Oczekujemy dziecka. Choć obawa i strach to emocje, które towarzyszą każdym małżonkom oczekującym dziecka - u nas jest podwójnie uzasadniony, bo przecież Marysia nie wiadomo dlaczego urodziła się chora. Nikt tego nie potrafił określić - odpowiedzieć na pytanie dlaczego. ALe teraz wiedziałam, że stało się tak jak Bóg i duszyczka dziecka , która zapragnęła wcielić się w to ciało - zaplanowali to. Pomimo strachu- czułam spokój. Modliłam się o to bardzo długo. I słowa Marysi się sprawdziły - gdy przestanę myśleć o dziecku jako o dziewczynce , a zapragnę nosić pod sercem dziecko- to tak się stanie. I stało się, na przełomie kwietnia i maja ma na świat przyjść nasz synek. Wiemy, że to dar Boży i wierzę, że to błogosławieństwo, że mogę nosić to dziecko. Teraz za to dziękuję i proszę Boga o szczęśliwe rozwiązanie.
A oto wczorajsze serduszko od Marysi (plama pod kubkiem od herbaty i jakiś kawałeczek skórki od chleba powyżej. Podniosłam kubek i oto proszę;) ...





sobota, 7 listopada 2015

szybki deser z maskarpone na wolne popołudnie;)

Ach, weekend to czas kiedy zawsze po południu chce się coś słodkiego. Ostatnio kupiłam serek maskarpone i zastanawiałam się co zrobić, aby było pysznie, szybko i bez wysiłku;) Namoczyłam w kawie rozpuszczalnej kilka biszkoptów a dla dzieci w kawie inka. Ułożyłam na dnie szklanek. Potem zmiksowałam maskarpone ale nie ze śmietaną kremówką -bo to bomba kaloryczna, a z kilkoma łyżkami jogurtu naturalnego i dodałam 2 łyżki ksylitolu - cukier brzozowy ( zawsze używam do w kuchni) ma 50% mniej kalorii niż cukier i dużo niższy indeks glikemiczny, dzięki czemu wskazany jest także dla cukrzyków no i nie powoduje próchnicy.  Na przemiennie przekładałam biszkopty serkiem oraz musem truskawkowym ( kupione latem truskawki zmiksowałam z cukrem i powstał cudny mus, który zamroziłam). Po odmrożeniu smakują o niebo lepiej niż same truskawki, które kapcieją po odmrożeniu i pachnie latem. potem znowu biszkopty , serek maskarpone i przesypałam jeszcze garścią odmrożonych wczesniej letnich jagód. Hmm, jak się domyślacie - deser zniknął w kilka chwil;)
szybki i pyszny. Polecam:)


piątek, 6 listopada 2015

Marysia wciąż obecna...

Hmmm, znowu nie zaglądałam jakiś czas, kłopoty z netem i takie tam... Kilka dni temu był dzień, w którym spotykałam się z Marysią w miejscu, gdzie oraz ostatni ją widziałam  czyli na cmentarzu.. To dzień jak co dzień, tylko bardziej uroczysty, z większą dawką wspomnień i zadumy. Choć pogoda dopisała, grobek Marysi prezentował się ślicznie. Jak zwykle siedziały dwa białe misie, 3 aniołki, oraz piękne kwiaty i znicze. Teściowa przyniosła jeszcze wiatraczki, bo te także nieodzownie jej towarzyszą. Marysia, moja najukochańsza córeczka - wciąż jest przy mnie  i wciąż w różnych dziwnych miejscach dostaję od niej znaki. Ostatnio w łazience na podłodze dojrzałam serce z włosa - nie mam pojęcia jak sie tam znalazło i w jaki sposób się tak ułożyło - zawsze mnie to zadziwia. Ach, juz nawet przestałam robić zdjęcia, ale zawsze towarzyszy mi to samo uczucie - ta pewność, taki dreszcz i świadomość że to ona.



Innym razem, gdy obierałam cebulę został kawałek łupiny wielkości małego paznokcia, oczywiście jak się domyślacie w kształcie serduszka - tak wyraźnego i precyzyjnie wykrawanego , że pewnie gdybym chciała tak wyciąć, to zwyczajnie by mi to nie wyszło. A tu proszę;) ach, szkoda że nie zrobiłam fotki, bo to naprawdę zdumiewające;)
Jeszcze całkiem niedawno gdy samżyłam naleśniki i po wrzuceniu na talerz z patelni moim oczom ukazało się... :)

w samym środku;)... I jak tu nie wierzyć w życie pozagrobowe????

czwartek, 8 października 2015

No i jestem;)

Wiem, nie mam nic na swoje usprawiedliwienie, no może jedynie to, że nie pisałam, bo oddałam komputer do czyszczenia, wyczyścili mi wszystko wraz z zapamietanymi przez komputer hasłami, a jest ich trochę bo do konta inne, do poczty inne i po prostu zapomniałam jakie mam hasło i kilka prób niestety było chybione.
Zaczęła się jesień i to pełną parą. Zaraz Święto Zmarłych - znowu melancholijny czas wspomnień... Kiedyś, gdy Marysia się urodziła, szukałam pomocy na forach i o dziwo tyle lat te wpisy się utrzymują bo wciąż dostaję pytania od rodziców odnośnie choroby ich dzieci. WIem, jaką katorgę przeżywają. To smutne, że rodzą się chore dzieci, ale no cóż, jak widać, każdego może to spotkać - jak na loterii. I dobrze że można poradzić się innych rodziców, którzy mają te trudne początki już za sobą. Sama potrzebowałam takiej pomocy. Od jakiegoś czasu chodzi mi po głowie pewna myśl. NIe mogłam się wcześniej z nią podzielić, bo dopiero dzisiaj odzyskałam hasło do mojego bloga;) Pamiętam, gdy leżałam w szpitalu z Marysią na hematologii w Gdańsku, bo jakby problemów było mało podejrzewali u niej jeszcze białaczkę- to był właśnie okres późnej jesieni - zimy - zbliżały się Święta Bożego Narodzenia. Robiliśmy dekoracje świąteczne, na holu była Wigilia, a każda mama dostała dla dziecka niespodziankę - przychodzili wolontariusze i rozdawali od sposorów jakiś książeczki, kredki, maskotki. To był miły gest i było to bardzo przyjemne uczucie, że ktoś pamięta o dzieciach spędzających święta w szpitalu. Dlatego teraz ja chciałabym być takim Mikołajem.
Z uwagi na zbliżające się Święta Bożego Narodzenia chciałabym dać coś rodzicom chorych dzieci - by ich wesprzeć. Zastanawiam się co mogę zrobić, bo przecież jestem zwykła Anią, która nie jest w stanie zasponsorować kilku szpitali. Ale ma coś, czym mogę się podzielić- doświadczenie spisane na kartach książki. No cóż, Życiowej Zwrotnicy nie mogę w żaden sposób przekazać, bo nie jestem wydawcą i sama muszę kupić swoją książkę u wydawcy, co prawda troszkę taniej, ale przecież zapłaciłam kilka tysięcy za jej wydanie i teraz kupować każdy egzemplarz. Wem, absurd, ale takie sa realia wydawnicze... Ale mogę podziałać z moją druga książką - Odbicie. Bo chociaż znalazłam wydawnictwo , to rzekomo wydawcą jestem ja i za wydrukowanie egzemplarza w tej chwili, po opłaceniu już wcześniej przeze mnie pierwszego zlecenia (nakładu), teraz płacę symboliczne 5 zł za sztukę.
Fajnie, jakby chociaż 400-500 egzemplarzy trafiło do potrzebujących.
Wspaniale byłoby znaleźć firmę, lub osobę, która chciałaby ten pomysł objąć patronatem medialnym i umieszczając jakąś wkładkę w książce - reklamującą firmę sponsora - wykupić np 400 książek po 5 zł. To daje sumę 2000 zł, i książki mogłyby być przekazane matkom chorych dzieci do kilku szpitali, np w Olsztynie, Gdańsku, Warszawie, Krakowie itp. Na razie szukam osoby chętnej do współpracy. Jeśli nikt się nie znajdzie - może uda mi się wygospodarować chociaż część tej kwoty by pokryć koszta i przekazać książki mimo wszystko;) Jeśli znacie kogoś kto ma to jakiś pomysł i chciałby się przyłączyć - chętnie podejmę współpracę;) Będę czekać na kontakt. To jest przedsięwzięcie wymagające działań logistycznych, ale wszystko jest do ustalenia. Ja mam na to pomysł i chętnie wysłucham pomysłów i propozycji innych;) Ania

środa, 2 września 2015

Marysia wciąż jest obecna;)

Jestem jestem… Wiem, nie było mnie tu całe wieki. Szczerze, to nawet myślałam że blog umrze śmiercią naturalną i tak jak odeszła Marysia, wraz z nią odeszły newsy.
Jednak widzę, że to nie takie proste, ponieważ są stali czytelnicy, którym jestem to winna i dlatego blog musi wrócić do życia.Chociaż jest to trudne, bo przecież nie ma głównej bohaterki. Nie ma i jest. Bo jeśli chodzi o znaki, to wciąż je dostaję. Oczywiście nie codziennie i wcale ich nie wypatruję.   Wiem, że gro osób wcale w to nie uwierzy, a wręcz przeciwnie uzna to za jakąś fanaberię, ale szczerze mówiąc zupełnie mnie to nie obchodzi, bo wiem i czuję swoje. Fajnie, że mogę się tym podzielić z wami. Sa bowiem też takie osoby, które wciąż pamiętają, wspominają Marysię i wierzą w jej znaki, bo niektórzy z was sami przecież tego doświadczyliście, kiedy w trudnych chwilach zwróciliście się do Marysi z prośbą, modlitwą o pomoc. Pisałam o tym kiedyś.
Ze mną jest podobnie. Oczywiście myślę o niej codziennie, odwiedzam na cmentarzu, ale kiedy mam problem, modlę się i ONA zawsze jest przy mnie.
Jakieś 3 dni temu miałam duży problem i strasznie stresującą sytuację - tak, że idąc ulica serce waliło mi jak młot i wewnątrz wszystko dygotało. Był upalny dzień, słońce grzało niemiłosiernie, a ja szłam i się modliłam. Powiedziałam coś w tym stylu: Marysiu, proszę cię  - jeśli (ten mój problem) wszystko będzie dobrze daj mi proszę jakiś znak, bo zwariuję. Długo nie musiałam czekać. Myślałam że może za kilka godzin coś poczuję lub po prostu Marysia da o sobie znak. A tu, kilkanaście kroków dalej dostałam jak zwykle serce. Dodam, że tą drogą chodziłam milion razy - niemal codziennie do sklepu i nigdy tego wcześniej nie zauważyłam.


To serce się po prostu na mnie napatoczyło. Jest z kamienia w kamieniu. Piękny kształt i wyrazisty kolor. Poniżej plamy po oleju silnikowym, bo to miejsce parkingowe przy sklepie. Od razu poczułam ulgę. Uśmiech na mojej twarzy pojawił się błyskawicznie i zdążyłam jej tylko podziękować. Aby spotęgować to uczucie i prawdopodobnie rozwiać jakiekolwiek wątpliwości w moim sercu w drodze powrotnej dostałam ponowne serce. Plama z wody, nie wiem skąd się wzięła, bo skwar był niesamowity i każda plama wysychała w mgnieniu oka. Ta zdecydowała poczekać, aż będę wracać ze sklepu by powielić odpowiedź. Będzie dobrze mamusi, nie martw się;)


To mówi samo za siebie i jak tu nie wierzyć w cuda:)